Kiedy Matylda dowiedziała się o tym, zazdrość jej doszła do obłędu. Ksiądz de Frilair powiedział jej wręcz, że wpływy jego nie sięgają tak daleko, aby depcąc pozory, mógł się jej wystarać o prawo odwiedzania kochanka więcej niż raz dziennie. Matylda kazała śledzić panią de Rênal, chciała znać każdy jej krok. Ksiądz de Frilair rozwijał wszystkie zasoby zręczności, aby dowieść pannie de la Mole, że Julian jest jej niegodny.

Wśród tych udręczeń kochała go tym bardziej i co dzień prawie robiła mu straszne sceny.

Julian dokładał wysiłków, aby do końca zachować się poprawnie wobec biednej dziewczyny, którą tak bardzo naraził; ale co chwila ponosiła go szalona miłość do pani de Rênal. Kiedy za pomocą nieszczerych perswazji nie mógł przekonać Matyldy o niewinności odwiedzin rywalki, powiadał sobie: „Ostatecznie koniec dramatu jest już bardzo bliski; niech mi to posłuży za wymówkę, jeśli nie umiem lepiej udawać”.

Panna de la Mole dowiedziała się o śmierci margrabiego Croisenois. Pan de Thaler, ów bogacz, pozwolił sobie na niewłaściwą uwagę z powodu zniknięcia Matyldy. Croisenois poprosił go, aby ją odwołał: Thaler pokazał mu anonimowe listy zawierające tak kunsztownie zestawione szczegóły, że nie podobna było biednemu margrabiemu nie dojrzeć prawdy.

Pan de Thaler pozwolił sobie na grube żarciki. Pijany bólem i wściekłością, Croisenois zażądał tak ciężkiego zadośćuczynienia, że milioner wolał pojedynek. Głupota odniosła triumf; jeden z ludzi najgodniejszych miłości znalazł śmierć w niespełna dobę.

Śmierć ta wywarła dziwny i chorobliwy wpływ na zwątloną duszę Juliana.

— Biedny Croisenois — rzekł — był to w istocie rozsądny i zacny człowiek; mógł mnie znienawidzić wówczas, kiedy w salonie matki dopuszczałaś się dla mnie takich nietaktów; mógł szukać ze mną zwady; nienawiść, która następuje po wzgardzie, bywa zazwyczaj wściekła.

Śmierć pana de Croisenois zmieniła wszystkie poglądy Juliana na przyszłość Matyldy; przez kilka dni dowodził jej, że powinna przyjąć pana de Luz. Jest to człowiek nieśmiały, nie nadto jezuita, z pewnością się wybije. Ambitniejszy od pana de Croisenois, nie posiadając mitry w rodzie, nie będzie się wzdragał przed małżeństwem z wdową po Julianie Sorel.

— I to wdową, która gardzi wielką miłością — odparła zimno Matylda — dożyła bowiem tego, iż po pół roku kochanek jej przełożył nad nią inną kobietę, sprawczynię wszystkich ich nieszczęść.

— Jesteś niesprawiedliwa, odwiedziny pani de Rênal to świetna broń dla paryskiego adwokata, który będzie prowadził apelację; odmaluje obraz mordercy otoczonego staraniami swej ofiary. To może wywrzeć wrażenie, kiedyś może ujrzysz mnie bohaterem jakiego melodramatu, etc., etc.