Na to pochlebne zapytanie, bohater nasz nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie przewidział tej okoliczności. Gdyby nie ten niemądry pomysł, aby stworzyć plan, żywy umysł Juliana znalazłby w tej niespodziance nową podnietę.
Odpowiedział niezdarnie: za chwilę, wyrzucał sobie przesadnie swoje niezgrabstwo. Pani de Rênal przebaczyła je szybko. Widziała w nim rys uroczej naiwności: tego zaś właśnie brakło w jej oczach chłopcu, którego talenty tak podziwiano.
— Ten księżyk nie budzi we mnie zaufania — mówiła niekiedy pani Derville. — Robi wrażenie, że wciąż myśli i że działa jedynie z wyrachowania. To filut.
Julian poczuł się głęboko upokorzony, że nie umiał zręcznie odpowiedzieć pani de Rênal.
„Winien to jestem sobie, aby naprawić tę porażkę!” — myślał. Jakoż chwytając chwilę, gdy przechodzili do drugiego pokoju, uważał za obowiązek pocałować ją.
Było to w równym stopniu nienaturalne, niesmaczne i nieostrożne. Omal że ich nie spostrzeżono. Pani de Rênal myślała, że Julian oszalał. Przeraziło ją to, a zwłaszcza zraziło. Osielstwo to przypomniało jej pana Valenod.
„Cóż by było — pomyślała — gdybym się z nim znalazła sam na sam!”
Wszystkie skrupuły cnoty wróciły, ponieważ miłość pierzchła na chwilę. Odtąd pani de Rênal starała się, aby któreś z dzieci zawsze było przy niej.
Dzień spłynął Julianowi mdło; najniezgrabniej silił się przeprowadzać uwodzicielskie plany. Każde spojrzenie jego na panią de Rênal miało swoje znaczenie; mimo to — czuł, że nie udaje mu się być ani miłym, ani tym mniej niebezpiecznym.
Pani de Rênal zdumiona była tym skojarzeniem niezręczności i zuchwalstwa.