„Obowiązkiem moim jest zagadać doń” — rzekł sobie wreszcie; ale piękność sali onieśmieliła go; przy tym z góry już czuł się przykro dotknięty opryskliwością, jakiej się spodziewał.

Młody człowiek, spostrzegłszy Juliana w lustrze, odwrócił się i wypogadzając twarz, rzekł łagodnie:

— I cóż, drogi panie, gotowe wreszcie?

Julian zdumiał się. W chwili, gdy młody człowiek się odwracał, Julian ujrzał krzyż na jego piersiach: był to biskup z Agde.

„Taki młody — pomyślał Julian — najwyżej sześć lub siedem lat starszy ode mnie!...”

I zawstydził się swoich ostróg.

— Wasza Dostojność — odparł nieśmiało — przychodzę z polecenia dziekana kapituły, księdza Chélan.

— A, tak! Bardzo gorąco mi go rekomendowano — rzekł biskup grzecznym tonem, który podwoił zachwyt Juliana. — Przepraszam bardzo, myślałem, że pan mi przyniósł infułę. Źle mi ją zapakowano w Paryżu; srebrna lama uszkodziła się mocno u wierzchołka, to będzie fatalnie wyglądało — dodał młody biskup smutnie — i jeszcze tak mi każą czekać.

— Jeśli Wasza Dostojność pozwoli, przyniosę infułę.

Piękne oczy Juliana zrobiły swoje.