— Jeśli rzecz źle się obróci — dodała z tą samą zimną krwią — zabiorą mi wszystko. Niech pan ukryje ten skarbczyk w jakiej dziupli; będzie to może kiedyś moja jedyna ucieczka.

Wręczyła mu safianowe pudełko zawierające złoto i nieco brylantów.

— Idźcie teraz — rzekła.

Uściskała chłopców, najmłodszego dwa razy, Julian stał nieruchomo. Pani de Rênal oddaliła się szybko, nie patrząc nań.

Od chwili otrzymania anonimu pan de Rênal męczył się straszliwie. Tak wzruszony nie był nawet przed pojedynkiem, którego omal nie miał w 1816; trzeba mu oddać sprawiedliwość, perspektywa kuli mniej by go uczyniła nieszczęśliwym. Oglądał list ze wszystkich stron. Czy to nie jest pismo kobiece, dumał; w takim razie, co za kobieta mogła to pisać? Przechodził myślą wszystkie znajome w Verrières, nie mogąc ustalić podejrzeń. Miałżeby ten list dyktować mężczyzna? Ale kto? Taż sama niepewność: większość osób, które znał, zazdrościły mu, ba, nienawidziły go zapewne. „Trzeba się poradzić żony” — rzekł sobie z przyzwyczajenia, podnosząc się z fotelu, w którym osunął się bezwładnie.

— Boże wielki! — wykrzyknął, uderzając się w czoło — toż przed nią zwłaszcza trzeba się mieć na baczności; ona jest moim wrogiem w tej chwili. Z rozdrażnienia łzy stanęły mu w oczach.

Przez słuszną odpłatę za oschłość serca, która stanowi treść całej prowincjonalnej mądrości, dwaj ludzie, których w tej chwili pan de Rênal najwięcej się obawiał, byli jego najserdeczniejszymi przyjaciółmi.

„Prócz nich mam może jeszcze z dziesięciu przyjaciół — i szacował w myśli stopień pociechy, jakiej mógłby się po nich spodziewać. — Wszystkim! Wszystkim — powtarzał z wściekłością — moja okropna przygoda sprawi przyjemność”. Szczęściem czuł, że to zazdrość, i nie bez racji. Prócz wspaniałego domu w mieście, uświetnionego świeżo noclegiem króla, miał ślicznie urządzony pałacyk w Vergy: biała fasada, zielone okiennice. Myśl o tych przepychach pocieszyła go na chwilę. Faktem jest, że pałac widać było na parę mil wokoło, ku wielkiemu przygnębieniu wszystkich dworów wiejskich, czyli tak zwanych pałaców w sąsiedztwie, którym pozostawiono ich skromną, szarą barwę nadaną przez patynę czasu.

Pan de Rênal mógł liczyć na łzy i współczucie jednego tylko z przyjaciół, skarbnika parafii; ale ten tuman płakał nad wszystkim. Druh ten był wszelako jedyną jego ucieczką.

— Czy może być ktoś nieszczęśliwszy ode mnie? — wykrzyknął wściekły. — Cóż za osamotnienie! Czy podobna — powtarzał ten człowiek, w istocie godzien pożałowania — czy podobna, abym w tej niedoli nie miał jednego przyjaciela, którego bym się mógł poradzić? Zmysły tracę, czuję to! Ach! Falcoz! Ach! Ducros!