Nie ma co mówić tutaj o don Juanie lorda Byrona; jest to po prostu nowy Faublas37, ot, ładny chłopiec, na którego walą się wielkie, nieprawdopodobne łaski losu.
We Włoszech zatem, i to jedynie w szesnastym wieku, musiał się zjawić po raz pierwszy ten osobliwy charakter.
We Włoszech w siedemnastym wieku mówiła pewna księżniczka, jedząc z rozkoszą lody w upalny wieczór: „Co za szkoda, że to nie jest grzech!”
To uczucie stanowi, wedle mnie, podstawę charakteru don Juana: jak widzimy, religia chrześcijańska jest dlań nieodzowna.
Pewien neapolitański autor38 woła: „Czyż to jest nic urągać niebu wierząc, iż w tejże chwili niebo może się obrócić w popiół? Stąd, powiadają, olbrzymią rozkoszą jest mieć kochankę zakonnicę, i to zakonnicę głęboko pobożną, doskonale świadomą tego, że czyni źle, i błagającą Boga o przebaczenie z tą samą żarliwością, z jaką grzeszy.”
Wyobraźmy sobie bardzo zepsutego chrześcijanina, urodzonego w Rzymie w dobie, gdy surowy Pius V przywrócił do czci lub wymyślił na nowo mnóstwo drobiazgowych praktyk, zgoła obcych owej prostej moralności, która mieni cnotą jedynie to, co jest użyteczne ludziom. Nieubłagana inkwizycja — nieubłagana tak, że jedynie krótko przetrwała we Włoszech i musiała się schronić do Hiszpanii — świeżo porósłszy w siły napawała lękiem wszystkich.39 Przez kilka lat ścigano bardzo ciężkimi karami zaniedbanie lub publiczną wzgardę owych drobnych praktyk wyniesionych do rzędu najświętszych obowiązków religii; otóż zepsuty rzymianin, o którym mówimy, wzruszył ramionami, widząc, jak ogół drży przed straszliwym prawem inkwizycji: „Ba — powiedział sobie — jestem najbogatszym człowiekiem w Rzymie, owej stolicy świata; chcę być i największym zuchem; będę sobie publicznie drwił ze wszystkiego, co ci ludzie szanują, a co tak mało ma wspólnego z rzeczami godnymi szacunku.”
Albowiem don Juan, aby być sobą, musi być człowiekiem odważnym oraz posiadać ów bystry i jasny umysł pozwalający swobodnie czytać w pobudkach czynów ludzkich.
Franciszek Cenci musiał sobie powiedzieć: „Jakim wymownym czynem ja, rzymianin, urodzony w Rzymie w roku 1527, właśnie podczas owych sześciu miesięcy, przez które luterańskie żołdaki konetabla Bourbon40 dopuszczały się najokropniejszych profanacji rzeczy świętych, jakim odważnym czynem zdołam zadziwić wszystkich i zabawić się przednio, urągając opinii? Jak wprawić w zdumienie głupców, wśród których żyję? Jak znaleźć tę niewysłowioną rozkosz, aby się czuć innym od tego pospólstwa?”
W głowie rzymianina, i to rzymianina ze średniowiecza, nie mogło się pomieścić, aby miał poprzestać na słowach. Nie ma kraju, w którym buńczuczne słowa byłyby w większej pogardzie niż we Włoszech.
Człowiek, który mógł sobie to powiedzieć, zwał się Franciszek Cenci: padł zabity w oczach swej córki i swojej żony 15 września 1598 roku. Nic miłego nie zostało nam po tym don Juanie; charakteru jego nie złagodziła i nie pomniejszyła myśl o tym, aby być przede wszystkim, jak don Juan Moliera, człowiekiem z dobrego towarzystwa. Jeśli myślał o innych, to jedynie po to, aby zaznaczyć swą wyższość nad nimi, posłużyć się nimi dla swoich celów lub nienawidzić ich. Don Juan nie zna rozkoszy czerpanej w sympatii, słodkiej zadumie, w złudzeniach tkliwego serca. Trzeba mu przede wszystkim rozkoszy, które by były triumfem, które by mogły być widoczne drugim i którym by nie można zaprzeczyć; trzeba mu owej listy, jaką bezczelny Leporello podsuwa przed oczy smętnej Elwirze.41