„Niech Pani nie krzyknie, kiedy mnie Pani ujrzy”.
Było to tak krótkie, że Ernestyna przeczytała, nim poznała rękę osoby, która skreśliła te słowa: pismo było zmienione. Ponieważ Ernestyna zawdzięczała przypadkowi lub może górskiemu powietrzu Delfinatu mężną duszę, z pewnością przed wzmianką księdza o wyjeździe pani Dayssin byłaby się zamknęła w pokoju i nie zjawiła aż po uroczystości.
W dwa dni później odbył się ów obiad na cześć św. Huberta. Ernestyna robiła honory, siedząc naprzeciw stryja; ubrana była bardzo wykwintnie. Stół przedstawiał pełną niemal kolekcję okolicznych księży i merów, do tego kilku szlachciców prowincjonalnych, rozprawiających o sobie i o swych czynach na wojnie, na polowaniu, a nawet w miłości; zwłaszcza zaś o starożytności swego rodu. Z przykrością widzieli, że na przyszłej dziedziczce nie robi to wrażenia. Bladość Ernestyny w połączeniu z pięknością rysów dawała jej wyraz niemal wzgardliwy. Dudki, którzy starali się z nią nawiązać rozmowę, czuli się onieśmieleni w jej pobliżu. Co do niej, daleka była od tego, aby zniżyć myśl do ich poziomu.
Początek obiadu minął, a ona nie zauważyła nic nadzwyczajnego; zaczynała oddychać, kiedy pod koniec biesiady, podnosząc oczy, ujrzała naprzeciw siebie wieśniaka już starszego, który, jak się zdawało, był służącym mera z okolic Drac. Doznała szczególnego drgnienia w piersiach, podobnie jak wówczas na słowa księdza; mimo to nie była jeszcze pewna. Wieśniak nie był podobny do Filipa. Ośmieliła się spojrzeć nań powtórnie; nie wątpiła już: to on. Przebrał się tak, aby się zrobić bardzo brzydkim.
Czas nam pomówić o Filipie, gdyż to, co uczynił, jest postępkiem człowieka zakochanego: może i w jego dziejach znajdziemy sposobność sprawdzenia teorii siedmiu epok miłości. Kiedy pięć miesięcy wprzód przybył do zamku Lafrey z panią Dayssin, któryś z księży (pani Dayssin starała się o dobre stosunki z duchowieństwem) powtórzył u niej jakieś sprytne powiedzenie. Filip, zdziwiony dowcipnym odezwaniem się w ustach takiego człowieka, spytał, kto jest jego autorem.
— Bratanica hrabiego de S. — odparł proboszcz — panna, która będzie bardzo bogata, ale którą bardzo nieszczególnie chowali. Nie mija rok, aby nie dostała z Paryża całej skrzyni książek. Boję się, że się źle pokieruje, a nawet że w ogóle nie zdoła się wydać za mąż. Któż zechce się ubrać w taką żonę?
Filip zadał jeszcze kilka pytań; ksiądz ubolewał nad rzadką pięknością Ernestyny, która z pewnością przywiedzie ją do zguby; opisał tak wymownie nudę w zamku hrabiego, że pani Dayssin wykrzyknęła:
— Och, przez litość, dosyć już, księże proboszczu! Sprawisz, że znienawidzę wasze piękne góry.
— Nie można przestać kochać kraju, gdzie się robi tyle dobrego — odparł proboszcz — a pieniądze, którymi pani pomogła nam kupić trzeci dzwon, zapewnią jej...
Filip nie słuchał, myślał o Ernestynie i o tym, co się musi dziać w sercu młodej dziewczyny pleśniejącej w zamku, który wydaje się nudny nawet proboszczowi. „Trzeba ją rozerwać trochę — powiedział sobie — zacznę się do niej zalecać w romantycznym stylu; to orzeźwi nieco biedną dziewczynę”. Nazajutrz wybrał się na polowanie w stronę lasów hrabiego; zauważył gaik oddzielony jeziorem od zamku. Wpadł na myśl uczczenia Ernestyny bukietem; znamy już dzieje jego bukietów i liścików. Kiedy polował w okolicy dębu, umieszczał je sam; w inne dni posyłał je przez służącego. Filip robił to wszystko przez filantropię, nie myślał nawet o tym, aby widywać Ernestynę; byłoby zbyt trudne i zbyt nudne starać się o znajomość z jej stryjem. Kiedy Filip ujrzał Ernestynę w kościele, pierwszą jego myślą było, że jest za stary, aby się podobać osiemnasto- lub dwudziestoletniej panience. Wzruszyła go piękność rysów oraz szlachetna prostota jej fizjonomii. „Jest jakaś naiwność w tych rysach” — powiadał sobie; w chwilę później wydała mu się urocza. Kiedy widział, jak upuszcza książkę, wychodząc z kolatorskiej ławki i jak stara się ją podnieść z sympatyczną niezręcznością, zaświtała w nim myśl o miłości, gdyż zrodziła się nadzieja. Został w kościele po jej wyjściu; dumał nad sprawą niezbyt wesołą dla człowieka, który zaczyna się kochać: miał lat trzydzieści pięć i początek łysiny, która mogła mu upiększać czoło w myśl teorii doktora Galla, ale która z pewnością przyczyniała mu kilka lat, „Jeśli moja starość nie pogrzebała od razu wszystkiego — powiadał sobie — musi zwątpić o mym sercu, jeżeli ma zapomnieć o moim wieku”.