Nie wiem, kto mnie zaprowadził do pana de l’Étang. Zażądał ode mnie, zdaje mi się, egzemplarza Historii malarstwa we Włoszech, pod pozorem, że chce napisać recenzję w „Lycée”, jednym z owych przelotnych dzienniczków, jakie stworzył w Paryżu sukces „Edinburgh Review”. Chciał mnie poznać.
W Anglii arystokracja gardzi literaturą. W Paryżu jest ona rzeczą zbyt ważną. Niepodobieństwem jest dla Francuzów mieszkających w Paryżu mówić prawdę o dziełach innych Francuzów mieszkających w Paryżu. Zrobiłem sobie jakiś dziesiątek śmiertelnych wrogów przez to, że powiedziałem redaktorom „Globu”, w formie rady i mówiąc z nimi wprost, że „Glob” ma ton zbyt purytański317 i że zanadto może brak mu lekkości i dowcipu.
Dziennik literacki, sumienny; jak była „Edinburgh Review”, możliwy jest jedynie o tyle, o ile będzie drukowany w Genewie i wydawany tamże przez przedsiębiorcę zdolnego do sekretu. Naczelny redaktor jeździłby co rok do Paryża i otrzymywałby w Genewie artykuły do każdomiesięcznego numeru. Wybierałby, płaciłby dobrze (200 franków za arkusz druku) i nie wymieniałby nigdy swoich współpracowników.
Zaprowadzono mnie tedy do pana de l’Étang w niedzielę o drugiej — przyjmował o tak niewygodnej porze. Trzeba było przebyć dziewięćdziesiąt pięć schodów, ponieważ akademia jego mieściła się na szóstym piętrze domu, który należał do niego i do jego sióstr, przy ulicy Gaillon. Z okienek jego widać było jedynie las kominów z okopconego tynku. Jest to dla mnie jeden z najbrzydszych widoków; ale cztery małe pokoiki, które zajmował pan de l’Étang, pełne były sztychów oraz innych zajmujących dzieł sztuki.
Miał wspaniały portret kardynała de Richelieu318, na który spoglądałem często. Obok widniała duża, ciężka, tępa twarz Racine’a319. Prawdopodobnie zanim tak utył, ten wielki poeta doznawał uczuć, których wspomnienie nieodzowne jest do napisania Andromaki i Fedry.
Zastałem u pana de l’Étang, przy lichym ogniu — było to, zdaje mi się, w lutym 1822 r. — osiem czy dziesięć osób, które mówiły o wszystkim. Uderzył mnie ich zdrowy rozum, ich dowcip, a zwłaszcza delikatny takt pana domu, który, mimo iż nieznacznie, kierował dyskusją w ten sposób, aby nigdy nie mówiło trzech naraz ani też aby nie nastawały żałosne chwile milczenia.
Nie umiałbym wyrazić dość szacunku dla tego towarzystwa. Nigdy nie spotkałem nic, nie powiem wyższego, ale nic dającego się z nim porównać. Uderzyło mnie to pierwszego dnia, a przez parę lat trwania tego salonu dwadzieścia razy może chwytałem się na tym samym uczuciu podziwu.
Takie towarzystwo możliwe jest jedynie w ojczyźnie Woltera320, Moliera321, Couriera322.
Niemożliwe jest w Anglii, bo u pana de l’Étang żartowano by sobie z jakiegoś księcia tak jak z każdego innego — i bardziej niż z każdego innego — gdyby był śmieszny.
Niemcy nie mogliby wydać takiego salonu, zanadto tam są przyzwyczajeni entuzjazmować się lada głupstwem filozoficznym będącym w modzie (anioły pana Ancillon). Zresztą, poza swoim entuzjazmem, Niemcy są za głupi.