Fabrycy patrzył na tego człowieka i przypominał go sobie po trosze. Był to jeden z największych wykwintnisiów wśród służby Casa Sanseverina: obecnie, kiedy był bogaty, jak powiadał, miał za całą odzież grubą podartą koszulę i spodnie płócienne, niegdyś czarne, sięgające mu ledwo do kolan; para trzewików i lichy kapelusz dopełniały stroju. Co więcej, nie golony był przeszło od dwóch tygodni. Jedząc omlet Fabrycy wdał się w gawędę zupełnie po prostu, jak równy z równym; domyślił się, że Lodovico jest kochankiem gospodyni. Dokończył szybko śniadania, po czym rzekł półgłosem:

— Mam z tobą do pomówienia.

— Wasza Ekscelencja może mówić swobodnie wobec niej, to z kościami dobra kobieta — rzekł Lodovico z odcieniem tkliwości.

— A więc, moi przyjaciele — rzekł Fabrycy bez wahania — popadłem w nieszczęście i potrzebuję was. Przede wszystkim sprawa moja nie ma nic politycznego; zabiłem po prostu człowieka, który chciał mnie zamordować, bo rozmawiałem z jego kochanką.

— Biedny panicz! — rzekła gospodyni.

— Niech Wasza Ekscelencja liczy na mnie! — wykrzyknął woźnica z oczami rozpłomienionymi oddaniem. — Dokąd Wasza Ekscelencja chce się udać?

— Do Ferrary. Mam paszport, ale wolałbym nie natykać się na żandarmów, którzy mogli zasłyszeć o tym wypadku.

— Kiedy pan go zakatrupił?

— Rano o szóstej.

— Czy Wasza Ekscelencja nie ma krwi na ubraniu? — rzekła gospodyni.