— Myślałem o tym — podjął woźnica — zresztą te suknie są zbyt wykwintne, nie chodzi się tak u nas na wsi, to by mogło zwrócić uwagę. Kupię panu jakie ubranie u Żyda. Wasza Ekscelencja jest mniej więcej mego wzrostu, ale szczuplejszy.

— Proszę, nie nazywaj mnie Ekscelencją, to może ściągnąć uwagę.

— Słucham, Ekscelencjo — rzekł woźnica, wychodząc.

— Hop, ho! — krzyknął Fabrycy — a pieniądze? Wracajże!

— Co za pieniądze! — rzekła gospodyni — ma sześćdziesiąt siedem talarów, które są wszystkie do pana usług. Ja sama — dodała zniżonym głosem — mam jakieś czterdzieści talarów, którymi panu służę z całego serca; kiedy się zdarzy taki wypadek, nie zawsze ma się przy sobie pieniądze.

Wchodząc do trattorii Fabrycy zdjął surdut; był upał.

— Ta kamizelka, gdyby ktoś wszedł, — mogłaby nam narobić kłopotu: ta ładna angielska pika ściągnęłaby uwagę. — To mówiąc gospodyni dała naszemu zbiegowi czarną płócienną kamizelkę męża. W tej chwili wysoki, młody mężczyzna, ubrany z pewną starannością, wszedł tylnymi drzwiami.

— To mój mąż — rzekła gospodyni. — Piotrze — rzekła do męża — pan jest przyjacielem Lodovica; zdarzył mu się dziś wypadek z tamtej strony rzeki, pragnie się schronić do Ferrary.

— Ba, przeprawimy go — rzekł mąż bardzo uprzejmie — mamy przecież barkę Karola Józefa.

Opowiedzieliśmy o strachu, jaki Fabrycy przeszedł w biurze przy moście; odmalujemy tedy równie naturalnie drugą słabostkę naszego bohatera. Miał łzy w oczach, wzruszyło go głęboko serdeczne oddanie wieśniaków; myślał także o owej charakterystycznej dobroci ciotki — byłby chciał zapewnić los tym ludziom. Lodovico wrócił z pakunkiem.