— Załatwi się — rzekł mąż z przyjazną miną.

— Nie o to chodzi — rzekł Lodovico wyraźnie zaniepokojony — zaczynają mówić o panu, zauważono pana wahanie, gdyś wchodził do naszego vicolo45, zbaczając z ulicy jak człowiek, który chce się ukryć.

— Żywo do pokoju na piętrze! — rzekł mąż.

Pokój ten, ładny i duży, miał w oknach szare płótno w miejsce szyb; stały tam cztery łóżka, szerokie na sześć stóp a wysokie na pięć.

— Szybko! szybko! — wołał Lodovico — jest tu od niedawna pewien żandarm, frant, który próbował się zalecać do naszej gospodyni i któremu dałem do zrozumienia, że mógłby się natknąć na kulkę; jeśli ten pies słyszał co o Waszej Ekscelencji, zechce nam spłatać figla: będzie się starał zaaresztować pana tutaj, by podać w osławę trattorię Teodolindy.

— Cóż to — ciągnął Lodovico, widząc koszulę Fabrycego zbroczoną krwią i rany przewiązane chustkami — porco46 się bronił? Ba, to więcej niż trzeba, aby się dostać do więzienia! Nie kupiłem panu koszuli.

Otworzył bez ceremonii szafę męża i dał koszulę Fabrycemu, który przedzierzgnął się w zamożnego młodego wieśniaka. Lodovico zdjął siatkę wiszącą na murze, wrzucił ubranie Fabrycego do koszyka na ryby, zbiegł pędem i wypadł tylnymi drzwiami; Fabrycy za nim.

— Teodolindo! — krzyknął, mijając sklep — schowaj to, co jest na górze, będziemy czekać w wierzbinie, a ty, Piotrze, przyślij nam szybko łódź: płacimy dobrze.

Lodovico przegonił Fabrycego co najmniej przez dwadzieścia rowów. Długie i elastyczne deski służyły za most na najszerszych rowach; skoro przeszli, Lodovico wciągnął te deski. Przybywszy do ostatniego kanału wciągnął skwapliwie deskę.

— Odetchnijmy teraz — rzekł — ten pieski żandarm musiałby zrobić więcej niż dwie mile, by dopędzić Waszą Ekscelencję. Ależ pan blady! — dodał — szczęściem nie zapomniałem o flaszczynie wódki.