— Po czemu świece? — spytał kobiety.

— Po dwa bajoki sztuka.

W istocie były nie grubsze od gęsiego pióra i nie miały ani stopy długości.

— Ile można jeszcze umieścić świec na tym trójkącie?

— Sześćdziesiąt trzy, bo siedem już się pali.

„A — powiedział sobie Fabrycy — sześćdziesiąt trzy a siedem czyni siedemdziesiąt: trzeba to zapamiętać.” Zapłacił za świece, sam umieścił i zapalił siedem pierwszych, po czym ukląkł, aby dopełnić ofiary, i rzekł, wstając, do staruszki:

To za otrzymaną łaskę.

— Umieram z głodu — rzekł Fabrycy do Lodovica, wracając.

— Nie chodźmy do szynkowni, ale do mieszkania; gospodyni kupi panu, co trzeba, ściągnie przy tym ze dwadzieścia su i będzie tym życzliwiej nastrojona.

— Czyli że miałbym umierać z głodu godzinę dłużej — rzekł Fabrycy, śmiejąc się z dziecięcą pogodą; wszedł do gospody obok Świętego Petroniusza. Ku swemu najwyższemu zdumieniu przy sąsiednim stole ujrzał Pepego, zaufanego pokojowca ciotki, tego samego, który niegdyś przybył na jego spotkanie do Genewy. Fabrycy dał mu znak, aby milczał, po czym zjadłszy szybko śniadanie, wstał z uśmieszkiem szczęścia na ustach; Pepe udał się za nim i po raz trzeci bohater nasz wszedł do Świętego Petroniusza. Przez dyskrecję Lodovico zatrzymał się na placu.