— Boże mój, Wasza Dostojność! Jakże rany? Księżna pani jest straszliwie niespokojna: cały jeden dzień myślała, że pan nie żyje, opuszczony na jakiej wysepce; natychmiast wyślę do jaśnie pani posłańca. Szukam pana od sześciu dni, trzy dni spędziłem w Ferrarze, goniąc po oberżach.
— Masz dla mnie paszport?
— Mam trzy rozmaite: jeden z nazwiskiem i tytułami Waszej Ekscelencji; drugi jedynie z nazwiskiem, a trzeci na fałszywe nazwisko Józefa Bossi; każdy paszport podwójny, wedle tego, czy Wasza Ekscelencja zechce przybyć z Florencji, czy z Modeny. Chodzi jedynie o podjęcie małej przechadzki za miasto. Pan hrabia radziłby jaśnie panu zamieszkać w gospodzie „Del Pelegrino”, której gospodarz jest jego przyjacielem.
Fabrycy, idąc jak gdyby bez celu, wszedł w prawą nawę, aż do miejsca, gdzie płonęły świece; wlepił oczy w Madonnę Cimabuego, po czym ukląkł, mówiąc do Pepego:
— Muszę złożyć dzięki.
Pepe poszedł za jego przykładem. Gdy wychodzili z kościoła, Pepe zauważył, że Fabrycy daje dwadzieścia franków ubogiemu, który pierwszy poprosił go o jałmużnę; żebrak jął wydawać okrzyki wdzięczności, które ściągnęły litościwej osobie na kark chmarę nędzarzy, ozdabiających stale plac Świętego Petroniusza. Wszyscy chcieli mieć swój udział w owym napoleonie. Kobiety, zwątpiwszy, aby zdołały przebić ciżbę, która utworzyła się koło pieniądza, rzuciły się na Fabrycego, wmawiając weń krzykliwie, że on rzucił owego napoleona po to, aby podzielono między wszystkich. Pepe, wymachując laską o złotej gałce, nakazał im, aby zostawili Jego Ekscelencję w spokoju.
— Och, Ekscelencjo — podjął chór bab dyszkantem — wyrzućcie też złotego napoleona dla biednych kobiet!
Fabrycy przyśpieszył kroku, kobiety biegły za nim krzycząc, zbiegło się mnóstwo żebraków z sąsiednich ulic, robiło to wrażenie jakiegoś buntu. Cały ten tłum, ohydnie brudny i rozjadły, krzyczał: Ekscelencjo!
Fabrycy uwolnił się z trudem; scena ta ściągnęła jego wyobraźnię na ziemię.
— Mam tylko to, na com zasłużył — rzekł — otarłem się o motłoch.