Dwie kobiety ścigały go aż do bram miasta; Pepe zatrzymał je, grożąc laską i rzucając im nieco grosiwa. Fabrycy wstąpił na urocze wzgórze San Michele in Bosco, obszedł część miasta poza murami, skręcił w małą dróżkę, wyszedł o pięćset kroków dalej na gościniec florencki, po czym wrócił do Bolonii i oddał poważnie urzędnikowi policji paszport, w którym jego rysopis oznaczono dokładnie. Paszport ten mienił go Józefem Bossi, studentem teologii. Fabrycy zauważył plamkę czerwonego atramentu, strzepniętą niby przypadkiem, u dołu w prawym rogu. W dwie godziny później miał szpiega na karku z przyczyny tytułu Ekscelencji, jaki jego towarzysz dał mu wobec żebraków pod Świętym Petroniuszem, podczas gdy paszport nie zawierał nic, co by dawało prawo do tego tytułu.
Fabrycy ujrzał szpiega i drwił zeń w duchu; nie myślał już o paszporcie ani o policji, bawił się wszystkim jak dziecko. Pepe, który miał rozkaz zostać przy nim, widząc, że Fabrycy bardzo jest rad z Lodovica, wolał sam zanieść księżnej tak dobrą nowinę. Fabrycy napisał dwa długie listy do osób, które mu były drogie; po czym przyszło mu do głowy napisać trzeci, do czcigodnego arcybiskupa. List ten wywarł cudowny skutek: zawierał ścisły opis walki z Gilettim. Dobry arcybiskup, rozczulony, nie omieszkał odczytać listu księciu, który raczył go wysłuchać, dość ciekawy, w jaki sposób młody monsignore zdoła usprawiedliwić tak potworne morderstwo. Dzięki licznym przyjaciołom margrabiny Raversi książę wraz z całym miastem sądził, że Fabrycy użył dwudziestu czy trzydziestu chłopów, aby zatłuc aktorzynę, który odważył się walczyć z nim o Marietę. Na despotycznym dworze lada intrygant rozrządza prawdą, jak moda rozrządza nią w Paryżu.
— Ależ, u diaska — mówił książę do arcybiskupa — takie rzeczy załatwia się przez kogoś drugiego; nie ma zwyczaju robić tego samemu. Przy tym takiego aktorzyny jak Giletti nie zabija się: kupuje się go po prostu.
Fabrycy nie domyślał się ani trochę tego, co się działo w Parmie. Faktycznie chodziło o to, czy śmierć tego komedianta, który za życia zarabiał trzydzieści dwa franki miesięcznie, sprowadzi upadek ministerium ultra oraz głowy jego, hrabiego Mosca.
Dowiedziawszy się o śmierci Gilettiego, książę, podrażniony tonami, jakie sobie nadawała pani Sanseverina, kazał generalnemu poborcy Rassiemu traktować cały proces tak, jakby chodziło o liberała. Fabrycy znowuż sądził, że człowiek jego urodzenia jest ponad prawem; nie brał w rachubę tego, że w kraju, gdzie wielkie nazwiska nie są nigdy karane, intryga może wszystko, nawet przeciw nim. Mówił często do Lodovica o swej niewinności, którą rychło uznają urzędowo; głównym jego argumentem było, że nie jest winny. Na co Lodovico odparł pewnego razu:
— Nie rozumiem, po co Wasza Ekscelencja przy takim rozumie i wykształceniu mówi takie rzeczy mnie, który jestem wiernym sługą. Wasza Ekscelencja jest zbyt ostrożny; takie rzeczy dobre są, aby je mówić publicznie albo przed sądem.
„Ten człowiek uważa mnie za mordercę, mimo to kocha mnie nie mniej” — rzekł sobie Fabrycy, spadając z obłoków.
W trzy dni po wyjeździe Pepego zadziwił się, otrzymując olbrzymi list zapieczętowany jedwabnym sznurkiem, jak za Ludwika XIV, i zaadresowany do „Jego Ekscelencji przewielebnego Monsignore Fabrycego del Dongo, pierwszego wielkiego wikariusza diecezji parmeńskiej, kanonika” itd.
„Czy ja jestem jeszcze tym wszystkim?” — rzekł do siebie, śmiejąc się.
List arcybiskupa był arcydziełem logiki i jasności; liczył nie mniej niż dziewiętnaście wielkich stronic i opowiadał wiernie wszystko, co się zdarzyło w Parmie po śmierci Gilettiego.