Armia francuska, idąca na miasto pod dowództwem marszałka Neya, nie sprawiłaby większego wrażenia — pisał dobry arcybiskup. — Z wyjątkiem pani Sanseverina i mnie wszyscy myślą, drogi synu, że dla kaprysu zabiłeś aktora Gilettiego. Gdyby ci się zdarzyło to nieszczęście, to są rzeczy, które można uciszyć dwustoma ludwikami i zniknięciem na pół roku, ale intrygantka Raversi chce tą bronią obalić hrabiego Mosca. Publiczność potępia w twojej sprawie nie ohydny grzech morderstwa, ale jedynie tę niezręczność lub raczej to zuchwalstwo, że nie raczyłeś się uciec do pomocy bulo (rodzaj podrzędnego zbira). Przytaczam ci wiernie rozmowy, jakie słyszę dokoła; bo od czasu tej nieszczęsnej doby obchodzę co dni trzy najznaczniejsze domy, aby cię bronić. I nie sądzę, abym kiedy uczynił godniejszy użytek z odrobiny wymowy, jakiej niebo raczyło mi użyczyć.
Łuska spadła z oczu Fabrycego; listy księżnej, pełne czułości, nie zniżały się nigdy do faktów. Księżna przysięgała mu, że opuści Parmę na zawsze, o ile on rychło tryumfalnie nie wróci.
Hrabia uczyni dla ciebie — pisała w liście, który otrzymał wraz z listami arcybiskupa — co w ludzkiej mocy. Co do mnie, zmieniłeś cały mój charakter tą awanturą; stałam się skąpa jak bankier Tombone; odprawiłam wszystkich robotników; więcej jeszcze: podyktowałam hrabiemu inwentarz mego majątku, który okazał się o wiele skromniejszy, niż przypuszczałam. Po śmierci kochanego Pietranera (którego, nawiasem mówiąc, raczej powinieneś był pomścić zamiast narażać życie z takim Gilettim!) zostałam z tysiącem dwustoma funtami renty i pięciu tysiącami długu; przypominam sobie między innymi, że miałam półtrzecia tuzina białych safianowych paryskich pantofelków, a tylko jedną parę trzewików na ulicę. Jestem prawie zdecydowana wziąć trzysta tysięcy franków, które mi zostawił mój małżonek, a które chciałam obrócić na wzniesienie mu wspaniałego grobowca. Zresztą to margrabina Raversi jest główną twoją — to znaczy moją — nieprzyjaciółką; jeśli się będziesz nudził w Bolonii, powiedz słowo, a przyjadę. Przesyłam ci cztery nowe przekazy itd., itd.
Księżna nie pisała Fabrycemu ani słowa o opinii panującej w Parmie co do jego sprawy; chciała go przede wszystkim pocieszyć, a w każdym razie śmierć takiego Gilettiego nie wydawała się czymś, z czego by można czynić poważny zarzut panu del Dongo. „Iluż takich Gilettich przodkowie nasi wyprawili na tamten świat — mówiła do hrabiego — a nikomu do głowy nie przyszło wytaczać im procesów!”
Fabrycy, mocno zdziwiony i pierwszy raz pojmujący istotny stan rzeczy, zaczął studiować list arcybiskupa. Nieszczęściem i sam arcybiskup uważał go za bardziej świadomego, niż był w istocie. Fabrycy zrozumiał, że największym atutem margrabiny Raversi jest brak naocznego świadka nieszczęsnej walki. Lokaj, który pierwszy przyniósł tę wiadomość do Parmy, znajdował się w oberży w Sanguigna wówczas, gdy walka się toczyła; Maneta i rzekoma jej matka znikły. W dodatku margrabina przekupiła vetturina, tak iż zeznania jego brzmiały fatalnie.
Mimo że dochodzenia otoczone są najgłębszą tajemnicą — pisał dobry arcybiskup swoim cycerońskim stylem — i prowadzone przez Rassiego, o którym jedynie chrześcijańska miłość bliźniego nie pozwala mi się źle wyrazić, ale który zrobił karierę tropiąc nieszczęsne ofiary jak pies myśliwski, mimo iż Rassiemu, powiadam, o którego bezeceństwie i przedajności nie możesz mieć wyobrażenia, powierzył starania o ten proces rozgniewany władca, zdołałem przejrzeć trzy zeznania woźnicy. Szczęściem iście niesłychanym nędznik ów przeczy sobie. I dodam sam, ponieważ mówię do mego generalnego wikariusza, do tego, który ma być po mnie arcypasterzem, iż posłałem po proboszcza parafii, w której mieszka ów zbłąkany grzesznik. Powiem ci. bardzo ukochany synu, ale pod tajemnicą spowiedzi, że ten proboszcz zna już za pośrednictwem żony vetturina sumę, jaką ów otrzymał od margrabiny Raversi; nie śmiałbym twierdzić, iż margrabina zażądała od niego, aby cię spotwarzył, ale rzecz zdaje się prawdopodobna. Pieniądze wręczył mu ów nieszczęsny ksiądz, który pełni mało godne funkcje przy osobie margrabiny i którego zmuszony byłem po raz drugi zawiesić w funkcjach kapłańskich. Nie będę cię nużył opowiadaniem innych starań, których mogłeś się po mnie spodziewać i które zresztą wchodzą w zakres, moich obowiązków. Pewien kanonik, zbyt zadufany niekiedy we wpływy płynące z jego rodowego majątku, którego zrządzeniem bożym został jedynym spadkobiercą, pozwolił sobie oświadczyć u hrabiego Zurla, ministra spraw wewnętrznych, że uważa tę drobnostkę za rzecz przesądzoną na twoją niekorzyść (mówił o zabiciu nieszczęśliwego Gilettiego). Kazałem go wezwać i wobec moich trzech generalnych wikariuszów, wobec mego kapelana i dwóch księży, którzy znajdowali się w sali obok, poprosiłem, aby nas, swoich braci, objaśnił, na jakiej podstawie nabrał tego przeświadczenia obciążającego jednego z jego kolegów. Nieszczęśnik wybąkał jakieś błahe argumenty; wszyscy powstali przeciw niemu. Mimo że ja sam ograniczyłem się do paru słów nagany, rozpłakał się i w naszej obecności przyznał się do błędu, na co przyrzekłem mu tajemnicę w imieniu swoim oraz wszystkich osób obecnych przy tej konferencji, jednakże pod warunkiem, że przyłoży się jak najgorliwiej do prostowania fałszywych pojęć, jakie mógł w ciągu tych dwóch tygodni wzbudzić swymi odezwaniami.
Nie będę ci powtarzał, drogi synu, tego, co musisz wiedzieć od dawna, to jest, że z trzydziestu czterech chłopów ryjących ziemię z polecenia hrabiego Mosca (pani Raversi twierdzi, że opłaciłeś ich, aby ci pomagali w zbrodni!) trzydziestu dwóch było w głębi rowu zajętych pracą wówczas, kiedy chwyciłeś za nóż myśliwski, aby bronić własnego życia przeciw człowiekowi, który cię napadł znienacka. Dwaj, którzy nie byli w rowie, zaczęli krzyczeć na innych: Mordują jaśnie pana! Sam ten krzyk ukazuje twoją niewinność w pełnym blasku. Otóż generalny poborca Rassi twierdzi, że ci dwaj ludzie znikli; co więcej, odnaleziono ośmiu z tych ludzi, którzy byli w rowie; w pierwszym przesłuchaniu sześciu oświadczyło, że słyszeli krzyk: Mordują jaśnie pana! Wiem pośrednią drogą, że na piątym przesłuchaniu, wczoraj wieczór, pięciu oznajmiło, że nie pamiętają dobrze, czy słyszeli wprost ten okrzyk, czy też opowiadał im to któryś z kamratów. Wydano rozkazy, aby mnie powiadomiono o miejscu zamieszkania tych robotników; tamtejszy proboszcz pouczy każdego z nich, że gubią duszę, jeżeli za kilka talarów posuwają się do gwałcenia prawdy.
Jak widzimy, zacny arcybiskup wchodził w najdrobniejsze szczegóły. Po czym pisał jeszcze po łacinie:
Sprawa ta jest po prostu próbą obalenia ministerium. Jeśli cię skażą, mogą cię skazać jedynie na galery lub na śmierć, wówczas wkroczę ja, oświadczając z wysokości arcybiskupiego stolca, że wiem, iż jesteś niewinny, żeś bronił po prostu życia przeciw rozbójnikowi i że zabroniłem ci wracać do Parmy, póki twoi wrogowie będą górą; gotów jestem nawet napiętnować, jak na to zasługuje, generalnego poborcę; nienawiść do tego człowieka jest równie powszechna, jak uznanie dla jego charakteru rzadkie. Ale bądź co bądź, w wilię dnia, w którym ów człowiek wyda tak niesprawiedliwy wyrok, księżna Sanseverina opuści miasto, a może i kraj: w takim razie nie ulega wątpliwości, że hrabia poda się do dymisji. Wówczas, bardzo prawdopodobnie, generał Fabio Conti obejmuje ministerium i margrabina Raversi zwycięża. Najnieszczęśliwsze w twojej sprawie jest, że żaden człowiek z głową nie zajął się tym, aby wydobyć na jaw twą niewinność i udaremnić próby zniewolenia świadków. Hrabia niby spełnia to zadanie, ale on jest zbyt wielki pan, aby zstępować do pewnych szczegółów; co więcej, jako minister policji musiał wydać w pierwszej chwili najsurowsze rozkazy przeciw tobie. Wreszcie — mamże wyznać — nasz dostojny władca wierzy w twoją winę lub bodaj udaje, że wierzy, i odnosi się dość niechętnie do tej sprawy.
(Wyrazy: dostojny władca oraz udaje, że wierzy, były po grecku. Fabrycy powziął najwyższą cześć dla arcybiskupa za to, że odważył się je napisać. Wyciął ten ustęp scyzorykiem i zniszczył go natychmiast.