Księżna mówiła dostatecznie wolno, aby dać sobie czas nacieszenia się fizjonomią swego władcy; na fizjonomii tej rozkosznie mieszało się głębokie zdumienie z resztkami pompy, widnej jeszcze w pozycji głowy i ramion. W księcia jak gdyby piorun strzelił; ostrym i drżącym głosem bąkał tylko raz po raz:

Jak to? Jak to?

Księżna, jak gdyby przez uszanowanie, skończywszy swoją przemowę, zostawiła mu czas na odpowiedź; po czym dodała:

— Śmiem żywić nadzieję, że Wasza Najdostojniejsza Wysokość raczy mi wybaczyć niestosowność stroju.

Ale gdy tak mówiła, drwiące jej oczy lśniły tak żywo, że książę nie mógł ich znieść; spojrzał na sufit, co było u niego ostatecznym znakiem krańcowego zakłopotania.

Jak to? Jak to? — powtórzył, po czym udało mu się szczęśliwie znaleźć zdanie: — Księżno, zechciej pani usiąść! — to mówiąc, przysunął sam fotel wcale zręcznie.

Grzeczność ta ujęła księżnę, która złagodziła nieco blask swoich oczu.

Jak to? Jak to? — powtórzył jeszcze raz książę, kręcąc się na fotelu, jak gdyby nie mógł znaleźć sobie miejsca.

— Korzystam z nocnego chłodu, aby się puścić w drogę — podjęła księżna — że zaś moja nieobecność może potrwać jakiś czas, nie chciałam opuścić Stanów Waszej Najdostojniejszej Wysokości, nie podziękowawszy mu za dobroć, jaką mi raczył od pięciu lat okazywać.

Na te słowa książę zrozumiał wreszcie. Zbladł: był to człowiek nie znoszący wręcz tego, aby się mógł omylić w przewidywaniach; następnie przybrał wyniosłą minę, godną portretu Ludwika XIV, który miał przed oczami. „Brawo! — rzekła sobie księżna — to mi mężczyzna!”