Księżna mówiła to zupełnie szczerze, toteż przy ostatnich jej słowach służący zalali się łzami, ona też miała wilgotne oczy. Dodała wzruszona:

— Módlcie się za mnie i za Jego Wielebność Fabrycego del Dongo, wielkiego wikariusza diecezji, którego jutro skażą na galery lub, co by było mniej głupie, na śmierć.

Płacz służby wzmógł się i stopniowo przeszedł niemal w krzyki oburzenia. Pani Sanseverina wsiadła do karety i kazała się zawieźć na zamek. Mimo niemożliwej godziny poprosiła o audiencje przez generała Fontanę, służbowego adiutanta; nie była w dworskim stroju, co przejęło adiutanta głębokim zdumieniem. Co się tyczy księcia, nie okazał zdumienia ani tym mniej niezadowolenia z przyczyny tej audiencji. „Ujrzymy łzy płynące z pięknych oczu — powiadał sobie, zacierając ręce. — Przychodzi prosić o łaskę; wreszcie ta dumna piękność upokorzy się! Bo też była już nieznośna ze swoją lekceważącą minką! Te wymowne oczy zdawały się mówić do mnie przy wszystkim, co ją raziło: »Neapol lub Mediolan były o wiele milszym pobytem niż twoja mizerna Parma!« To prawda, nie jestem władcą Neapolu ani Mediolanu; ale wreszcie ta dama przychodzi mnie prosić o coś, co zależy jedynie ode mnie, a czego ona gorąco pragnie; zawsze miałem przeczucie, iż z przybyciem tego siostrzeńca i mnie coś kapnie.”

Uśmiechając się do swych myśli i oddając się lubym przewidywaniom, książę przechadzał się po swym obszernym gabinecie, u którego drzwi generał Fontana stał wyprężony niby żołnierz na warcie. Widząc błyszczące oczy księcia i przypominając sobie podróżny strój pani Sanseverina, miał uczucie, że monarchia się wali. Osłupienie jego nie miało granic, kiedy książę rzekł:

— Proś pan księżnę, aby zaczekała kwadransik.

Generał-adiutant zrobił w lewo zwrot jak żołnierz na paradzie; książę znów się uśmiechnął: „Fontana nie przywykł — powiedział sobie — aby ta dumna pani wyczekiwała u drzwi; zdumiona mina, z jaką powie jej o tym kwadransiku czekania, przygotuje przejście do wzruszających łez, którymi zrosi gabinet.” Ten kwadransik był rozkoszny dla księcia: przechadzał się stanowczym i równym krokiem, panował. „Chodzi o to, aby nie powiedzieć nic niestosownego! Jakiekolwiek są moje uczucia dla księżnej, nie trzeba zapominać, że to jest jedna z największych dam mego dworu. Jakże to Ludwik XIV przemawiał do swoich córek, kiedy był z nich niezadowolony?” — i oczy jego zatrzymały się na portrecie wielkiego króla.

Najzabawniejsze jest, iż księciu nie przyszło do głowy zadać sobie pytanie, czy udaruje Fabrycego łaską i jaka będzie ta łaska. Wreszcie, po dwudziestu minutach, wierny Fontana zjawił się znowu w drzwiach, nic nie mówiąc.

— Księżna Sanseverina może wejść! — zawołał książę z teatralną miną. „Zaczną się łzy” — powiedział sobie i, jakby gotując się do tego widowiska, wydobył chustkę.

Nigdy księżna nie była tak zwinna i tak ładna; nie miała ani dwudziestu pięciu lat. Widząc jej chyży krok, zaledwie dotykający dywanu, biedny adiutant omal nie stracił głowy.

— Trzeba mi gorąco prosić Waszą Najdostojniejszą Wysokość o przebaczenie — rzekła księżna swoim lekkim i wesołym głosikiem. — Pozwoliłam sobie zjawić się przed nim w stroju niezupełnie właściwym; ale Wasza Wysokość tak mnie przyzwyczaił do swej dobroci, iż śmiem spodziewać się, że raczy mi użyczyć i tej łaski.