Fabrycy umknął do Florencji; ponieważ w Bolonii trzymał się w ukryciu, dopiero we Florencji otrzymał listy z wymówkami od księżnej: nie mogła mu darować, że był u niej na koncercie, a nie starał się z nią widzieć. Fabrycy był oczarowany listami hrabiego Mosca, tchnącymi szczerą i szlachetną przyjaźnią. Odgadł, że hrabia pisał do Bolonii, aby uśmierzyć podejrzenia, jakie mogły ciążyć na nim co do pojedynku. Policja okazała się idealnie sprawiedliwa: stwierdziła, że dwaj cudzoziemcy — z których jeden tylko, mianowicie ranny (hrabia M...) był wiadomy — bili się na szpady w obecności przeszło trzydziestu chłopów, wśród których znalazł się pod koniec walki miejscowy proboszcz czyniący daremne wysiłki, aby rozdzielić walczących. Ponieważ nikt nie wymienił Józefa Bossi, w niespełna dwa miesiące później Fabrycy ośmielił się wrócić do Bolonii, bardziej niż kiedykolwiek przeświadczony, że los odmówił mu poznania szlachetnej i duchowej strony miłości. Wytłumaczył to obszernie księżnej; był znużony samotnością i pragnął odnaleźć urocze wieczory pędzone między hrabią i ciotką. Od czasu rozstania z nimi nie zaznał słodyczy dobrego towarzystwa.

Tak się wynudziłem miłością, którą siliłem się w sobie obudzić, i Faustą — pisał do księżnej — że obecnie, choćby kaprys Fausty trwał jeszcze, nie zrobiłbym ani dwudziestu mil, aby ją wziąć za słowo; toteż niesłusznie się obawiasz, że pognam do Paryża, gdzie — jak słyszę — śpiewa teraz z szalonym powodzeniem. Zrobiłbym natomiast nieskończoną ilość mil, aby spędzić wieczór z tobą i z kochanym hrabią, tak dobrym dla swych przyjaciół.

II

Przez swoje ciągłe wrzaski republika przeszkodziłaby nam cieszyć się najlepszą z monarchii.

Rozdział czternasty

Podczas gdy Fabrycy polował w sąsiedztwie Parmy na miłość, generalny poborca Rassi, który nie wiedział, że go ma tak blisko, w dalszym ciągu prowadził jego sprawę tak, jak gdyby chodziło o liberała: udawał, że nie może znaleźć świadków na jego korzyść lub raczej terroryzował ich; wreszcie po umiejętnej — niemal całorocznej — pracy, blisko dwa miesiące po ostatnim pobycie Fabrycego w Bolonii, pewnego piątku, margrabina Raversi, upojona radością, oświadczyła publicznie w swoim salonie, że wyrok wydany przed godziną na młodego del Dongo będzie nazajutrz przedłożony księciu i zyska jego podpis. W kilka minut później księżna wiedziała już o tym odezwaniu się jej nieprzyjaciółki.

„Agenci hrabiego źle coś pełnią swoje obowiązki — powiedziała sobie — dziś rano jeszcze sądził, że wyrok nie może być wydany przed tygodniem. Może nie byłby on nierad oddalić z Parmy mego młodego monsignore, ale — dodała nucąc — wróci do nas, wróci, i kiedyś będzie naszym arcybiskupem. Księżna zadzwoniła.

Zawołaj całą służbę do poczekalni — rzekła do pokojowca — nawet kucharzy; idź, poproś komendanta placu o pozwolenie na cztery konie pocztowe i do pół godziny niech zaprzęgną do mego landa.

Cały fraucymer zajęty był pakowaniem; księżna wdziała śpiesznie strój podróżny — wszystko bez wiedzy hrabiego. Myśl, aby zeń zadrwić trochę, przepełniała ją radością.

— Moje dzieci — rzekła do zgromadzonej służby — dowiaduję się, że biednego bratanka mają skazać zaocznie za to, że miał odwagę bronić swego życia przeciw szaleńcowi; Giletti chciał go zabić. Każdy z was mógł się przekonać, jaki Fabrycy jest dobry i łagodny. Oburzona tą dotkliwą zniewagą, wyjeżdżam do Florencji i zostawiam każdemu z was jego zasługi przez dziesięć lat; gdybyście byli w niedostatku, piszcie do mnie; póki będę miała bodaj cekina, znajdzie się i dla was.