— Jak to niesprawiedliwy! — wykrzyknął, oblewając się pąsem i znów wpadając w gniew.
— To nie wszystko — odparła księżna z dumą iście rzymską — dziś wieczór jeszcze, a — dodała spoglądając na zegar — jest już trzy kwadranse na dwunastą, dziś wieczór Wasza Wysokość prześle margrabinie Raversi wiadomość, iż radzi jej udać się na wieś dla odpoczynku po trudach, jakie musiał jej sprawić pewien proces, o którym mówiła dziś w swoim salonie.
Książę przechadzał się po gabinecie, wściekły.
— Widział kto podobną kobietę?!... — wykrzyknął. — Ona mi uchybia!
Księżna odparła z wdziękiem:
— Nie postało mi w myśli uchybiać Waszej Wysokości; Wasza Wysokość raczył łaskawie oznajmić, że mówi jak przyjaciel do przyjaciół. Nie mam zresztą najmniejszej ochoty zostać w Parmie — dodała, spoglądając na hrabiego z bezgraniczną wzgardą. To spojrzenie zdecydowało księcia, dotąd bardzo niezdecydowanego, mimo że słowa jego jak gdyby zawierały zobowiązanie; drwił sobie ze słów.
Wymieniono jeszcze kilka zdań; ale wreszcie hrabia Mosca otrzymał rozkaz napisania uprzejmego liściku żądanego przez księżnę. Opuścił zdanie: „Ten niesprawiedliwy sąd nie będzie miał następstw na przyszłość.”
— „Wystarczy — powiedział sobie hrabia — że książę przyrzeknie nie podpisać wyroku, który mu przedłożą.” Kładąc podpis, książę podziękował mu spojrzeniem.
Hrabia strzelił bąka; książę był zmęczony i byłby podpisał wszystko. Sądził, że wybrnął z sytuacji, a nad całą sprawą górowała ta myśl: „Jeśli ona odjedzie, w ciągu tygodnia dwór stanie się nudny nie do wytrzymania. Hrabia zauważył, że jego pan poprawia datę, kładąc jutrzejszą. Spojrzał na zegarek: była północ. Minister widział w tej poprawce jedynie pedantyczną chęć dokładności i porządku. Co do wygnania margrabiny Raversi, ani mrugnął; książę miał szczególne upodobanie w wypędzaniu ludzi.
— Generał Fontana! — krzyknął, otwierając drzwi.