Skoro minister wyszedł, wpuszczono do księcia tajnymi drzwiczkami generalnego poborcę Rassi, który zbliżył się zgięty we dwoje, kłaniając się za każdym krokiem. Minę tego łajdaka warto było malować; oddawała całe bezeceństwo jego roli. Podczas gdy szybkie i niespokojne spojrzenia zdradzały, iż posiada świadomość swoich zalet, zuchwały i sarkastyczny wyraz ust ukazywał, że umie walczyć przeciw wzgardzie.

Ponieważ człowiek ten będzie miał duży wpływ na losy Fabrycego, można rzec o nim słówko. Wysoki, miał piękne i wyraziste oczy, ale twarz zeszpeconą ospą. Był to człowiek niepospolitej bystrości i inteligencji; przyznawano mu gruntowną znajomość prawa; ale zwłaszcza był nieporównany w krętactwie. Jakkolwiek się przedstawiała sprawa, miał zawsze pod ręką doskonałe motywy do skazania lub unieważnienia; nie miał równego w sztuczkach prokuratorskich.

Człowiek ten, którego wielu monarchów zazdrościłoby księciu Parmy, miał jedną namiętność: żyć blisko możnych i zabawiać ich błazeństwami. Mało mu ważyło, czy potentat śmieje się z tego, co on mówi, czy z jego osoby; czy wreszcie pozwala sobie na ohydne koncepty na temat pani Rassi; byleby się śmiał i traktował go poufale, już był zadowolony. Czasem książę, nie wiedząc już, jak sponiewierać wielkiego sędziego, kopał go; jeżeli kopnięcie było bolesne, Rassi zaczynał płakać. Ale natura błazna była w nim tak silna, że salon ministra, gdzie go poniżano, wolał od własnego salonu, gdzie władał despotycznie armią togi i peruki. Rassi uczynił sobie niejako pozycję z tego, iż najpyszniejszemu magnatowi niepodobna go było upokorzyć; zemstą jego za zniewagi, jakie cierpiał cały dzień, było to, że opowiadał je księciu, wobec którego wyrobił sobie przywilej mówienia wszystkiego; prawda, iż często odpowiedzią był celny i bolesny policzek, ale o takie rzeczy się nie obrażał. Obecność tego najwyższego sędziego rozrywała księcia w chwilach złego humoru: bawił się tym, aby go poniewierać. Widzimy, że Rassi był niemal ideałem dworaka: bez czci i bez urazy.

— Przede wszystkim trzeba tajemnicy! — zawołał książę, nie witając się z nim i traktując go jak sługusa, on, tak grzeczny dla całego świata. — Kiedy datowany jest wyrok?

— Wczoraj rano, Wasza Najdostojniejsza Wysokość.

— Ilu sędziów podpisało?

— Wszyscy pięciu.

— A kara?

— Dwadzieścia lat twierdzy, jak Wasza Wysokość mi mówił.

— Kara śmierci wywołałaby wzburzenie — rzekł książę jakby do siebie — szkoda. Jakie wrażenie wywarłoby to na tej kobiecie! Ale to del Dongo, nazwisko otoczone w Parmie czcią: trzech arcybiskupów, niemal kolejno po sobie. Powiadasz: dwadzieścia lat?...