— Spodziewałem się czegoś lepszego — rzekł hrabia. — Nie zajmować się Fabrycym, to znaczy poróżnić się z księżną.

— Otóż to właśnie powiada nasz monarcha; fakt jest, że mówiąc między nami, strasznie ma na wątróbce panią Sanseverina; zarazem obawia się, aby Ekscelencja, jako rekompensatę za poróżnienie się z tą lubą damą, obecnie, kiedy Ekscelencja jest wdowcem, nie poprosił go o rękę jego kuzynki, starej księżniczki Izoty, która liczy dopiero pięćdziesiąt latek.

— Zgadł! — wykrzyknął hrabia. — Nasz pan jest najsprytniejszym człowiekiem w całym państwie.

Nigdy hrabia nie miał tego dzikiego pomysłu, aby się chcieć żenić ze starą księżniczką; nic mniej ponętnego dla człowieka, którego ceremonie dworskie nudziły śmiertelnie.

Zaczął się bawić tabakierką na marmurowej płycie stoliczka stojącego przy jego fotelu. W geście tym, wyrażającym zakłopotanie, Rassi ujrzał możliwość nowej gratki; oko mu błysło.

— Panie hrabio! — wykrzyknął — jeżeli Ekscelencja zechce przyjąć albo owe dobra, albo gratyfikację, proszę nie szukać innego pośrednika niż mnie. Podjąłbym się — dodał zniżając głos — wystarać się o powiększenie kwoty lub nawet o dołączenie do tych dóbr sporego kawałka lasu. Gdyby Wasza Ekscelencja raczył okazać księciu nieco wyrozumienia i delikatności w sprawie tego urwisa, który się znalazł pod kluczem, dałoby się może związać tytuł książęcy z majątkiem, który ofiarowałaby Ekscelencji wdzięczność narodowa. Powtarzam Waszej Ekscelencji: w tej chwili książę wściekły jest na panią Sanseverina, ale jest mocno zakłopotany, i to do tego stopnia, iż niekiedy gotów jestem odgadywać jakieś tajemnicze okoliczności, których mi nie śmie wyznać. W gruncie rzeczy moglibyśmy tu znaleźć kopalnię złota, w ten sposób, że ja bym panu sprzedawał jego najtajniejsze sekrety. Nic łatwiejszego; uważają mnie za pańskiego śmiertelnego wroga. Książę, o ile wściekły jest na tę damę, o tyle uważa, jak wszyscy zresztą, że pan jeden mógłby skutecznie poprowadzić sekretne rokowania z Mediolanem. Czy Ekscelencja pozwoli mi powtórzyć dosłownie wyrażenie księcia? — rzekł Rassi, rozgrzewając się — słowa mają swoją fizjonomię, której nie umiałby oddać żaden komentarz; z pewnością pan w nich wyczyta więcej ode mnie.

— Pozwalam na wszystko — rzekł hrabia wciąż z roztargnieniem pukając w marmur złotą tabakierką — pozwalam na wszystko i będę wdzięczny.

— Niech mi Wasza Ekscelencja da szlachectwo z prawem dziedziczności, niezależnie od krzyża, a będę aż nadto zadowolony. Kiedy wspominam księciu o szlachectwie, odpowiada mi: „Łajdak taki jak ty — szlachcicem! Trzeba by od jutra zamknąć sklepik: nikt w całej Parmie nie chciałby już szlachectwa.” Aby wrócić do sprawy z Mediolanem, książę nie dalej niż trzy dni temu powiadał mi: „Jedynie ten ladaco potrafi plątać i rozplątywać te intrygi; jeśli go wypędzę lub jeśli wyjedzie za nią, trzeba mi wyrzec się nadziei zostania kiedyś liberalną i ubóstwioną przez całe Włochy głową kraju.”

Na te słowa hrabia odetchnął. „Fabrycy nie umrze” — powiedział sobie.

W życiu swoim nie mógł Rassi dobić się poufnej rozmowy z pierwszym ministrem; nie posiadał się ze szczęścia. Widział nadzieję porzucenia swego nazwiska, które stało się synonimem wszystkiego, co podłe i szpetne; ludek nazywał Rassi wściekłe psy; niedawno pobiło się dwóch żołnierzy, bo jeden z nich nazwał drugiego Rassi. Wreszcie, nie minął tydzień, aby to nieszczęsne miano nie znalazło się w jakimś jadowitym wierszyku. Syna jego, Bogu ducha winnego szesnastoletniego studenta, wypędzono z kawiarni za to nazwisko.