Tak więc, mimo że szczerze oddani więźniowi, księżna i minister niewiele mogli dlań uczynić. Książę był wściekły; zarówno zaś dwór, jak i publiczność miały Fabrycego na wątróbce i katastrofa jego budziła zachwyt: zanadto był szczęśliwy! Mimo złota rozrzucanego garściami księżna nie postąpiła ani kroku w oblężeniu cytadeli; nie minął dzień, aby margrabina Raversi albo kawaler Riscara nie mieli czegoś do zakomunikowania generałowi Fabio Conti. Podtrzymywali jego słabość.
Jak wspomnieliśmy, w dniu uwięzienia Fabrycego zaprowadzono zrazu do „pałacu gubernatora”. Jest to ładny budyneczek wzniesiony w zeszłym wieku wedle rysunków Vanvitelliego62, który pomieścił go na wysokości stu osiemdziesięciu stóp, na platformie okrągłej wieży. Z okien tego pałacyku, usadowionego na grzbiecie olbrzymiej wieży niby garb wielbłąda, Fabrycy widział pola i hen, daleko, Alpy; wodził okiem, u stóp cytadeli, za biegiem rzeczki Parmy, która skręcając na prawo o cztery mile za miastem wpada do Padu. Poza tą rzeczką, która tworzy niby szereg olbrzymich białych plam wśród zieleni, zachwycone oko widziało wyraźnie każdy szczyt olbrzymiego muru, jakim Alpy wznoszą się na północ od Włoch. Szczyty te, zawsze okryte śniegiem, nawet w tej chwili, w sierpniu, dają, mocą wyobraźni, uczucie chłodu wśród tych spiekłych pól; oko może śledzić ich najdrobniejsze szczegóły, mimo iż znajdują się przeszło o trzydzieści mil od cytadeli! Ten rozległy widok z pięknego pałacyku gubernatora ograniczony jest od południa rogiem wieży Farnese, w której gotowano śpiesznie pokój dla Fabrycego. Tę drugą wieżę, jak czytelnik może sobie przypomina, wzniesiono na platformie dużej wieży, na użytek pewnego następcy tronu, który, bardzo w tym różny od Hipolita, syna Tezejowego, nie odtrącił względów młodej macochy63. Księżna zmarła w kilka godzin; młody książę odzyskał wolność aż w siedemnaście lat potem, wstępując na tron po ojcu. Ta wieża Farnese, do której po trzech kwadransach zaprowadzono Fabrycego, bardzo brzydka, wznosi się na pięćdziesiąt stóp na platformie wielkiej wieży i opatrzona jest licznymi gromochronami. Ów dotknięty w honorze małżeńskim książę, który kazał wznieść tę wieżę widoczną ze wszystkich stron, wpadł na dziki pomysł wmówienia w poddanych, że istniała ona od dawna; dlatego dał jej miano wieży Farnese. Nie było wolno mówić o tej budowli, a ze wszystkich stron Parmy i otaczającej miasto równiny widać było doskonale murarzy, jak kładli kamień po kamieniu tej pięciokątnej architektury. Aby dowieść, że wieża jest stara, pomieszczono nad bramą wchodową — dwie stopy szeroką, a cztery wysoką — wspaniałą płaskorzeźbę przedstawiającą Aleksandra Farnese, słynnego wodza, jak zmusza Henryka IV, aby odstąpił spod Paryża64. Ta wieża Farnese, tak pięknie położona, składa się z parterowej izby, długiej co najmniej na czterdzieści kroków, odpowiednio szerokiej i wypełnionej grubymi, a niskimi kolumnami — izba ta bowiem, tak nieproporcjonalnie obszerna, ma nie więcej niż piętnaście stóp wysokości. Mieści się w niej posterunek straży; w samym środku wznoszą się schody kręcące się dokoła jednej z kolumn; są to żelazne schodki, szerokie ledwie na dwie stopy, ażurowe. Przez te schody uginające się pod ciężarem dozorców, którzy mu towarzyszyli, Fabrycy dostał się do rozległych komnat więcej niż dwadzieścia stóp wysokich, tworzących wspaniałe pierwsze piętro. Niegdyś umeblowano je z przepychem dla młodego księcia, który spędził tam siedemnaście najpiękniejszych lat życia. Na wstępie do apartamentu pokazano nowemu więźniowi bogatą kaplicę; mury i sklepienia wyłożone są czarnym marmurem; kolumny, również czarne, szlachetne w rysunku, ciągną się szeregiem wzdłuż czarnych murów, nie dotykając ich. Same mury ozdobione są mnóstwem trupich główek z białego marmuru, olbrzymich rozmiarów i wykwintnej roboty, każda nad dwiema kośćmi złożonymi na krzyż. „Prawdziwy wymysł nienawiści, która nie może zabić — rzekł sobie Fabrycy — cóż za diabelski koncept pokazywać mi to!”
Lekkie ażurowe schodki, również kręcące się dokoła kolumny, prowadziły na drugie piętro. W tych pokojach na drugim piętrze, wysokich mniej więcej na piętnaście stóp, rozwijał od roku generał Fabio Conti cudy geniuszu. Najpierw pod jego dozorem zakratowano szczelnie okna w tych pokojach, niegdyś zajmowanych przez służbę księcia, a wznoszących się przeszło na trzydzieści stóp nad płytami tworzącymi platformę wielkiej okrągłej wieży. Do tych pokojów, mających każdy po dwa okna, dochodzi się ciemnym korytarzem umieszczonym w środku budowli; w korytarzu tym, bardzo ciasnym, Fabrycy zauważył troje kolejno po sobie następujących drzwi, utworzonych z olbrzymich belek żelaznych, wznoszących się aż po sufit. Te właśnie plany, przekroje i rzuty wszystkich tych pięknych wynalazków zapewniły generałowi przez dwa lata co tydzień audiencję u jego pana. Spiskowiec pomieszczony w jednym z tych pokojów nie mógłby się skarżyć przed światem na nieludzkie obchodzenie, a mimo to nie mógłby się komunikować z żadną żywą istotą ani też uczynić ruchu, którego by nie słyszano. Generał umieścił w każdym pokoju grube tarcice dębowe, tworzące niby ławy na trzy stopy wysokie, i to był jego największy wynalazek, ten, który mu dawał prawa do teki ministra policji. Na tych ławach zbudował celę z desek, bardzo akustyczną, wysoką na dziesięć stóp i dotykającą muru jedynie od strony okien. Z trzech innych stron biegł dokoła niej korytarzyk, szeroki na cztery stopy, pomiędzy zewnętrznym murem kaźni z olbrzymich kamieni ciosowych a drewnianymi ścianami celi. Ściany te, utworzone z czterech podwójnych desek z orzechu, dębu i sosny, były silnie spojone żelaznymi klamrami i mnóstwem gwoździ.
Do jednego z tych od roku zbudowanych pokojów, arcydzieła generała Fabio Conti, które otrzymało piękną nazwę „bierne posłuszeństwo”, wprowadzono Fabrycego. Pobiegł do okna. Widok z tych zakratowanych okien był cudowny; ledwie mały kącik horyzontu zasłonięty był, ku północnemu zachodowi, ozdobionym galeryjką dachem pałacyku gubernatora, mającym tylko dwa piętra; parter zajmowały biura generalnego sztabu. Oczy Fabrycego pobiegły ku jednemu z okien na drugim piętrze, gdzie w ładnych klatkach znajdowała się mnogość rozmaitych ptaków. Fabrycy z przyjemnością słuchał ich świegotu patrząc, jak pozdrawiają ostatni promyk słońca, gdy stróże więzienni krzątali się koło swej ofiary. To okno ptaszkarni znajdowało się nie dalej niż dwadzieścia pięć stóp od jego okna, a o pięć lub sześć stóp niżej, tak iż wzrokiem obejmował z góry ptaszki.
Tego dnia był księżyc; w chwili gdy Fabrycy wchodził do więzienia, miesiąc wznosił się majestatycznie na widnokręgu po prawej, ponad łańcuch Alp, ku Trevizie. Było dopiero wpół do dziesiątej; na przeciwległym skraju widnokręgu, na zachodzie, świetlistopomarańczowy zmierzch rysował ostro kontury Monte Viso i innych szczytów Alp wznoszących się od Nicei ku Monte Cenis i Turynowi. Fabrycy nie myślał o swym nieszczęściu; był wzruszony i zachwycony tym wspaniałym widokiem. Więc w tym czarownym świecie żyje Klelia Conti! Dusza jej, poważna i skłonna do zadumy bardziej niż czyjakolwiek, musi sycić się tym widokiem; jest się tu niby w pustkowiu górskim o sto mil od Parmy. Dopiero po dwóch godzinach, które spędził w oknie, podziwiając ten widnokrąg przemawiający mu do duszy i raz po raz zatrzymując wzrok na pięknym pałacyku gubernatoia, Fabrycy wykrzyknął nagle: „Czyż to doprawdy jest więzienie? Czy tego się tak obawiałem?” Zamiast spostrzegać na każdym kroku powód do rozpaczy, bohater nasz upajał się słodyczą więzienia.
Naraz straszliwy łoskot przywołał go do rzeczywistości; izdebka Fabrycego, dość podobna do klatki, a zwłaszcza bardzo akustyczna, wstrząsnęła się: szczekanie psa i przenikliwe piski spływały się w najstraszliwszy hałas. „Cóż to! Miałżebym tak prędko się wymknąć?” — pomyślał Fabrycy. W chwilę później śmiał się tak, jak może nikt nie śmiał się w więzieniu. Na rozkaz generała pomieszczono tam wraz z dozorcami złego, angielskiego psa, przełożonego niejako nad strażą pilnującą ważnych więźniów, który miał spędzać całą noc w przestrzeni tak przemyślnie stworzonej dokoła klatki Fabrycego. Pies i dozorca mieli sypiać w trzechstopowej przestrzeni między kamiennymi płytami posadzki a drewnianą podłogą, na której więzień nie mógł uczynić kroku, aby nie być słyszanym.
Otóż w chwili gdy Fabrycy przybył, pokoik „biernego posłuszeństwa” zajęty był przez setkę olbrzymich szczurów, które pierzchły w rozmaitych kierunkach. Pies, bonończyk krzyżowany z angielskim foksem, nie był piękny, ale okazał się nader zwinny. Uwiązano go na kamiennych płytach pod podłogą; ale kiedy poczuł szczury przebiegające mu przed nosem, zaczął się tak miotać, iż w końcu uwolnił głowę z obroży. Wówczas nastąpiła cudowna bitwa, której hałas obudził Fabrycego z najsłodszych marzeń. Szczury, które zdołały się ocalić przed pierwszym natarciem, schroniły się do drewnianej izdebki; pies przebiegł za nimi sześć stopni prowadzących od kamiennej podłogi do izdebki Fabrycego. Wówczas zaczął się zgiełk o wiele przeraźliwszy: klatka trzęsła się od fundamentów. Fabrycy śmiał się jak szalony, płakał ze śmiechu; dozorca Grillo, niemniej rozbawiony, zamknął drzwi; pies, goniąc za szczurami, nie spotykał żadnej zapory, gdyż pokój był zupełnie pusty; skoki tego myśliwca mógł krępować jedynie żelazny piec w kącie. Skoro pies pokonał wszystkich wrogów, Fabrycy zawołał go, popieścił, zdołał pozyskać jego sympatię. „Jeżeli kiedy ujrzy mnie skaczącego przez mur — pomyślał Fabrycy — nie będzie szczekał.” Ale rachuba ta była jedynie pozorem: w obecnym stanie ducha zabawa z psem sprawiła mu niezmierną przyjemność. Przez jakiś dziwny poryw, nad którym się nie zastanawiał, tajemna radość rozlewała się w jego duszy.
— Jak się nazywasz? — spytał Fabrycy dozorcy, nauganiawszy się do syta z psem.
— Grillo, do usług Waszej Ekscelencji we wszystkim, na co regulamin dozwala.
— Zatem, drogi Grillo, niejaki Giletti chciał mnie zamordować na gładkiej drodze; broniłem się i zabiłem go; zabiłbym go jeszcze raz, gdyby to było możliwe; ale mimo to pragnę wieść wesołe życie, dopóki będę twoim gościem. Postaraj się o pozwolenie przełożonych i idź poproś dla mnie o bieliznę w pałacu Sanseverina, a także kup mi kilka flaszek asti.