„Człowiek to, trzeba przyznać, zabawne stworzenie! — wykrzyknął. — Co by powiedział jakiś niewidzialny świadek, patrząc na moje przygotowania? Czyżbym ja przypadkiem chciał uciekać? I cóż bym ja począł z sobą nazajutrz po powrocie do Parmy? Czy nie uczyniłbym wszystkiego, aby wrócić w pobliże Klelii? Jeśli będzie zamęt, skorzystam z niego, aby się wśliznąć do pałacu gubernatora; może zdołam mówić z Klelią, może w tym zamieszaniu zdołam ucałować jej rękę. Generał Conti, bardzo podejrzliwy z natury i nie mniej próżny, każe strzec swego pałacu pięciu wartom — po jednym żołnierzu na każdym rogu, a piąty u bramy — ale na szczęście noc jest bardzo ciemna.” Skradając się na palcach, Fabrycy stwierdził, co robią dozorca Grillo i jego pies: dozorca spał głęboko na wołowej skórze zawieszonej na czterech postronkach i obwiedzionej grubą siatką; pies foks otwarł oczy i zbliżył się cicho, aby polizać Fabrycemu rękę.

Jeniec nasz przebył lekko sześć stopni prowadzących do jego drewnianej izdebki; hałas u stóp wieży Farnese stawał się tak mocny, i to właśnie pod bramą, iż Fabrycy zląkł się, iż Grillo może się obudzić. Zgromadził wszystką broń, gotów do działania i myśląc, że tej nocy czekają go wielkie rzeczy, kiedy nagle usłyszał, iż zaczyna się najpiękniejsza symfonia w świecie: była to po prostu serenada na cześć generała lub jego córki. Zaczął się śmiać jak szalony: „I ja brałem się do puginału!” — jak gdyby serenada nie była czymś nieskończenie pospolitszym niż uprowadzenie więźnia, wymagające obecności osiemdziesięciu ludzi w więzieniu, albo niż rewolucja! Muzyka była wyborna i wydała się czymś rozkosznym Fabrycemu, którego dusza nie miała od tygodnia żadnej rozrywki; wycisnęła mu z oczu słodkie łzy; w upojeniu swoim przemawiał do pięknej Klelii najbardziej nieodpartymi słowy. Ale nazajutrz w południe ujrzał ją pogrążoną w tak posępnej melancholii, była tak blada, zwracała nań spojrzenia, w których czytał chwilami tyle gniewu, że nie miał odwagi spytać o serenadę — lękał się popełnić nietakt.

Klelia miała wielki powód do smutku: serenadę tę wyprawił dla niej margrabia Crescenzi; krok tak publiczny był niejako urzędowym oznajmieniem małżeństwa. Do dnia serenady, do dziewiątej wieczór tego dnia, Klelia stawiała najwytrwalszy opór, ale miała tę słabość, iż uległa pod groźbą natychmiastowego odesłania do klasztoru.

„Jak to? Miałabym go już nie zobaczyć!” — powiadała sobie, płacząc. Na próżno rozsądek jej dodawał: „...nie zobaczyć człowieka, który stanie się, na każdy sposób, moim nieszczęściem; nie zobaczyć kochanka księżnej; nie zobaczyć zmiennika, który miał dziesięć znanych kochanek w Neapolu i wszystkie zdradzał; nie zobaczyć ambitnego chłopaka, który — jeśli przeżyje ciążący na nim wyrok — przyjmie święcenia! Byłoby z mojej strony zbrodnią spojrzeć nań jeszcze, kiedy opuści tę cytadelę, a jego wrodzona niestałość oszczędzi mi tej pokusy; czymże bowiem jestem dla niego? Środkiem mniej nudnego spędzenia kilku godzin w tym więzieniu! Wśród tych wyrzekań Klelia przypomniała sobie uśmiech, z jakim patrzył na żandarmów otaczających go, gdy wychodził z furty, aby udać się do wieży Farnese. Oczy jej spłynęły łzami: „Drogi mój, czegóż nie uczyniłabym dla ciebie! Zgubisz mnie, wiem, taki jest mój los; gubię się sama w okrutny sposób, przyjmując tę ohydną serenadę; ale jutro w południe ujrzę znów twoje oczy!”

Właśnie nazajutrz po dniu, w którym Klelia uczyniła takie poświęcenie dla młodego więźnia, budzącego w niej najgorętsze uczucia, nazajutrz po dniu, w którym, znając jego wady, poświęciła mu życie, Fabrycy był zrozpaczony jej chłodem. Gdyby nawet, posługując się niedoskonałą wymową znaków, zadał najlżejszy gwałt duszy Klelii, prawdopodobnie nie zdołałaby wstrzymać łez i Fabrycy uzyskałby wyznanie jej uczuć, ale brak mu było odwagi, zbyt lękał się obrazić Klelię, mogła go ukarać zbyt srogo. Innymi słowy. Fabrycy nie miał żadnego doświadczenia w rodzaju wzruszeń, jakie budzi kobieta, którą się kocha; było to wrażenie, którego nigdy nie doznał nawet w najsłabszym stopniu. Od owej serenady trzeba mu było tygodnia, aby wrócić z Klelią do zwykłej serdeczności. Biedna dziewczyna zbroiła się surowością, drżała, aby się nie zdradzić, a Fabrycemu zdawało się, że co dzień traci w jej oczach.

Jednego dnia — minęło już blisko trzy miesiące, jak Fabrycy był w więzieniu bez żadnej styczności ze światem, a mimo to nie czuł się nieszczęśliwy — Grillo został rano bardzo długo w pokoju; Fabrycy nie wiedział, jak się go pozbyć, był w rozpaczy; wreszcie wybiło już wpół do pierwszej, kiedy mógł otworzyć dwie małe klapy, na stopę wysokie, które wyciął w nieszczęsnej okiennicy.

Klelia stała w oknie ptaszkarni, z oczami utkwionymi w oknie Fabrycego; zmienione jej rysy wyrażały najgłębszą rozpacz. Ledwie ujrzała Fabrycego, dała mu znak, że wszystko stracone; rzuciła się do klawikordu i udając, że śpiewa recitativo z modnej opery, powiedziała mu we frazach przerywanych rozpaczą oraz obawą, iż straż pod oknem może ją zrozumieć:

— Wielki Boże! pan jeszcze żyje? Ileż wdzięczności winna jestem niebu! Barbone, ów dozorca, którego zuchwalstwo skarał pan w dniu swego przybycia, znikł, nie było go w cytadeli; przedwczoraj wrócił, a od wczoraj mam powód mniemać, że stara się pana otruć. Kręci się w kuchni, która dostarcza panu posiłków. Nie wiem nic pewnego, ale pokojówka sądzi, że ta złowroga figura zjawia się w kuchni jedynie po to, aby pana zgładzić. Umierałam z niepokoju, nie widząc pana, myślałam, że pan nie żyje. Niech się pan wstrzyma od wszelkiego pożywienia aż do nowych wiadomości, zrobię, co w mej mocy, aby panu dostarczyć trochę czekolady. W każdym razie dziś wieczór o dziewiątej, jeśli łaska niebios pozwoli, aby pan miał jaką nitkę lub aby pan mógł sporządzić taśmę z bielizny, niech ją pan spuści ze swego okna na pomarańcze, ja przyniosę sznur, który pan wciągnie i za pomocą tego sznura prześlę panu chleba i czekolady.

Fabrycy zachował jak skarb kawałek węgla, który znalazł w piecu w swej izdebce; skwapliwie skorzystał ze wzruszenia Klelii i wypisał na dłoni szereg liter, które kolejno utworzyły te słowa:

Kocham panią, życie dla mnie ma wartość jedynie dlatego, że panią widzę; przede wszystkim niech mi pani przyśle papier i ołówek.