Tak jak Fabrycy się spodziewał, groza, którą czytał w rysach Klelii, nie pozwoliła młodej dziewczynie przerwać rozmowy po tym zuchwałym „kocham panią”; przestała na okazaniu wyraźnego niezadowolenia. Fabrycy miał tyle sprytu, że dodał: „Przy tym dzisiejszym wietrze bardzo licho słyszałem przestrogi, których mi pani raczyła udzielić; klawikord kryje głos. Co to jest, na przykład, owa trucizna, o której pani mówi?”

Na te słowa przestrach młodej dziewczyny objawił się w całej pełni; spiesznie zaczęła kreślić wielkie litery atramentem na kartkach jakiejś książki, którą podarła. Fabrycy nie posiadał się z radości widząc, iż po trzymiesięcznych staraniach dotarł wreszcie do środka korespondencji, o który tak daremnie zabiegał. Trzymał się pilnie niewinnego podstępu, który mu się tak dobrze powiódł, marzył o wymianie listów i udawał co chwila, że nie rozumie dobrze słów, które Klelia składała, podsuwając mu kolejno litery przed oczy.

Wreszcie trzeba jej było opuścić ptaszkarnię, aby się udać do ojca; lękała się nade wszystko, aby nie przyszedł po nią; podejrzliwość jego nie byłaby zgoła rada z bliskiego sąsiedztwa ptaszkarni z oknem więźnia. Chwilę wprzódy sama Klelia — wówczas gdy nieobecność Fabrycego grążyła ją w śmiertelnym niepokoju — wpadła na myśl, że można by rzucić kamyk zawinięty w kawałek papieru ponad żaluzję: gdyby przypadkiem dozorcy, pełniącego straż przy Fabrycym, nie było w pokoju, byłby to niezawodny środek korespondencji.

Więzień nasz skwapliwie sporządził taśmę z bielizny; wieczorem, nieco po dziewiątej, usłyszał wyraźnie pukanie w donice z pomarańczami, znajdujące się pod oknem; spuścił taśmę, do której przyczepiono długi sznurek; wciągnął zapas czekolady, a potem ku swej niewymownej radości zwitek papieru i ołówek. Na próżno spuszczał sznur jeszcze — nie otrzymał nic; widocznie straż zbliżała się do drzewek. Ale był upojony szczęściem. Czym prędzej napisał nieskończenie długi list do Klelii; ukończywszy, przywiązał go do sznurka i spuścił. Więcej niż trzy godziny czekał na próżno, aby go ktoś odebrał; kilka razy wyciągał list, aby coś w nim zmienić. Jeżeli Klelia nie przeczyta mojego listu dziś wieczorem, gdy jeszcze jest wzruszona wiadomością o truciźnie — powiadał sobie — jutro rano odtrąci może z oburzeniem myśl korespondencji.

W istocie było tak, że Klelia nie mogła się wymówić od towarzyszenia ojcu do miasta; Fabrycy domyślił się niebawem tego, słysząc około wpół do pierwszej wracający powóz generała; znał chód koni. Usłyszał, jak generał idzie przez platformę, jak warta prezentuje broń. Jakaż była jego radość, kiedy w kilka minut potem uczuł, że sznurek, który wciąż miał owinięty koło ręki, porusza się. Ktoś przywiązywał do sznurka wielki ciężar; dwa lekkie szarpnięcia dały Fabrycemu znak, aby go wciągnął. Z trudem przyszło więźniowi przeciągnąć ten pakunek przez wystający gzyms pod oknem. Przedmiot ten, który z trudnością przyszło mu wywindować, była to karafka pełna wody, zawinięta w szal. Z jakąż rozkoszą biedny chłopiec, który od tak dawna żył w zupełnej samotności, okrył ten szal pocałunkami. Ale nie będziemy się silili odmalować jego wzruszenia, kiedy po tylu dniach daremnej nadziei odkrył kawałek papieru przypięty do szala szpilką.

Niech pan pije tylko tę wodę; je tylko czekoladę; jutro uczynię wszystko, aby panu dostarczyć chleba, poznaczę go ze wszystkich stron krzyżykami nakreślonymi atramentem. To okropne wyznać, ale trzeba, aby pan wiedział: może Barbone ma polecenie otruć pana. Jak pan mógł nie odczuć, że temat, który pan porusza w swoim liście, jest mi niemiły? Toteż nie pisałabym do pana, gdyby nie straszliwe niebezpieczeństwo, które nam grozi. Widziałam właśnie księżnę, ma się dobrze, zarówno jak i hrabia, ale bardzo schudła. Niech pan już nie pisze do mnie o tym — czy chciałby mnie pan pogniewać?

Przedostatni wiersz tego bileciku był wielkim zwycięstwem Klelii nad sobą. Całe towarzystwo na dworze utrzymywało, że pani Sanseverina zaczyna okazywać wiele sympatii hrabiemu Baldi, ślicznemu chłopcu, eksprzyjacielowi margrabiny Raversi. W każdym razie było pewne, iż zerwał w najskandaliczniejszy sposób z margrabiną, która przez sześć lat była dlań niby matka i która stworzyła mu pozycję w świecie.

Klelia musiała napisać drugi raz ten bilecik kreślony w pośpiechu, ponieważ w pierwszym jego brzmieniu przebijała aluzja do miłostki, o którą złośliwy świat pomawiał księżnę.

— Co za nikczemność! — wykrzyknęła — oczerniać przed Fabrycym kobietę, którą kocha!

Nazajutrz rano, na długo przed świtem, Grillo wszedł do pokoju Fabrycego, złożył dość ciężki pakunek i zniknął bez słowa. Pakunek ten zawierał spory bochen, cały poznaczony krzyżykami; Fabrycy okrył go pocałunkami; był zakochany. Wraz z chlebem znajdował się rulon zawinięty kilkakrotnie w papier — zawierał sześć tysięcy franków w cekinach; Fabrycy znalazł tam piękny nowy brewiarz; prócz tego ręka, którą już poznawał, nakreśliła na marginesie te słowa: