— Jestem chory, panowie, śmiertelnie osłabiony; darujcie mi, że nie mogę wstać.

Po wyjściu sędziów Fabrycy długo jeszcze płakał, po czym rzekł: „Byłżebym obłudnikiem? Zdawało mi się, że go nie kocham.”

Tego dnia i następnych dni Klelia była bardzo smutna; wołała Fabrycego kilka razy, ale ledwie miała siłę rzec mu kilka słów. Rano, piątego dnia po pierwszym widzeniu, powiedziała mu, że wieczorem przyjdzie do kaplicy z marmuru.

— Mogę panu powiedzieć tylko kilka słów — rzekła, wchodząc. Drżała tak, że musiała się wesprzeć na pannie służącej. Następnie, wyprawiwszy ją z kaplicy, rzekła: — Da mi pan słowo honoru — dodała ledwie dosłyszalnym głosem — da mi pan słowo honoru, że będzie pan posłuszny księżnej i że pan spróbuje uciec w dniu, w którym ona panu każe, i w sposób, który panu zaleci; lub też jutro rano udaję się do klasztoru i przysięgam, że w życiu nie odezwę się do pana.

Fabrycy milczał.

— Niech pan przyrzeknie — rzekła Klelia ze łzami w oczach, jakby nieprzytomna — lub rozmawiamy z sobą ostatni raz. Życie, do jakiego mnie pan zmusza, jest straszne: jest pan tu z mojej przyczyny, a każdy dzień może się stać ostatnim dniem pańskiego istnienia. — To mówiąc, Klelia osłabła tak, że musiała się oprzeć o ogromny fotel, pomieszczony niegdyś pośrodku kaplicy na intencję dostojnego więźnia; była bliska omdlenia.

— Co mam przyrzec? — spytał Fabrycy, przybity.

— Wie pan dobrze.

— Przysięgam tedy rzucić się świadomie w okropne nieszczęście i skazać się na życie z dala od najdroższej mi istoty.

— Niech pan przyrzeka rzeczy konkretne.