Księżna-matka i jej ochmistrzyni zostały naprzeciw siebie, stojąc w głębokim milczeniu.

„Czy gniew wróci jeszcze? — powiadała sobie pani Sanseverina — ale ba! mój proces wygrany! Gotowała się do bardzo szorstkich odpowiedzi, kiedy błysnęła jej myśl: ujrzała drugą tekę nietkniętą. „Nie, proces mój wygrany dopiero w połowie. Za czym ozwała się dość chłodno do księżnej-matki:

— Czy pani każe mi spalić resztę tych papierów?

— I gdzie je spalisz? — odparła księżna-matka cierpko.

— Na kominku w salonie; skoro się je będzie rzucało kolejno, nie ma niebezpieczeństwa.

Wzięła pod pachę tekę wyładowaną papierami, świecę, i przeszła do sąsiedniej sali. Sprawdziwszy, że ta teka zawiera właśnie zeznania, zgarnęła do szala kilka plik papieru, spaliła starannie resztę, po czym zniknęła, nie żegnając się z księżną.

„To mi impertynencja co się zowie — powiadała sobie ze śmiechem — ale ta niepocieszona wdowa omal mnie swymi komediami nie wyprawiła na rusztowanie.”

Słysząc turkot powozu Sanseveriny księżna-matka nie posiadała się z oburzenia na swą ochmistrzynię.

Mimo niemożliwie późnej godziny pani Sanseverina kazała wezwać hrabiego; był w zamku przy ogniu, ale niebawem wrócił z wiadomością, że wszystko skończone.

— To książątko okazało w istocie wiele odwagi, powinszowałem mu też z całego serca.