Ponieważ Gonzo żywił szczerą tkliwość dla wszelkiego magnata, który mu mówił grubiaństwa i który mu wyciskał łzy z oczu parę razy na rok, manią jego było oddawać mu drobne usługi; gdyby go nie paraliżowało ubóstwo, byłoby mu się to udawało czasem, ile że nie był pozbawiony sprytu, a zwłaszcza czelności.

Gonzo, taki, jak go znamy, nie miał wielkiego nabożeństwa do margrabiny Crescenzi, ponieważ ani razu nie odezwała się doń niegrzecznie; lecz, bądź co bądź, była to żona słynnego margrabiego Crescenzi, szambelana księżnej-matki, który parę razy na miesiąc mówił doń: „Cicho siedź, Gonzo, jesteś głupiec”.

Gonzo zauważył, że każda wzmianka o Anetce Marini wyprowadza margrabinę na moment z zadumy i obojętności, w jakich tonęła zwykle aż do jedenastej; wówczas przyrządzała herbatę i podawała ją każdemu z obecnych, wołając po nazwisku. Po czym, w chwili gdy miała się udać do siebie, odnajdywała jak gdyby cień wesołości: moment ten wybierano, aby jej powtarzać satyryczne sonety.

Sonety takie umieją pisać we Włoszech doskonale: jest to jedyny rodzaj literatury, który ma tam nieco życia: prawda, iż nie podlega cenzurze. Dworacy casa Crescenzi oznajmiali zawsze sonet tymi słowy: „Czy pani margrabina pozwoli łaskawie wygłosić bardzo lichy sonet?” Kiedy zaś sonet ubawił zgromadzenie i kiedy go powtórzono parę razy. któryś z oficerów nieodzownie wołał: „Minister policji powinien by się tym zająć, aby autor podobnych bezeceństw zadyndał na szubienicy.” Mieszczaństwo, przeciwnie, przyjmuje te sonety z najszczerszym zachwytem, a pisarczyki sprzedają ich kopie.

Z zainteresowania okazanego przez margrabinę Gonzo wyobraził sobie, że zbyt chwalono przed nią urodę małej Marini, która poza tym miała milion posagu, i że margrabina jest o nią zazdrosna. Ponieważ ze swoim wiecznym uśmiechem i bezmierną wzgardą dla wszystkiego, co nie jest szlachtą, Gonzo wciskał się wszędzie, zaraz nazajutrz przybył do salonu margrabiny w kapeluszu z piórem nałożonym w tryumfalny sposób, jak mu się to zdarzało raz lub dwa razy w roku, kiedy książę powiedział doń: „Bądź zdrów, Gonzo”.

Skłoniwszy się z szacunkiem margrabinie, Gonzo nie usiadł jak zazwyczaj na fotelu, który mu podano. Stanął w środku i wykrzyknął prosto z mostu:

— Widziałem portret monsignora del Dongo.

Klelia była tak zaskoczona, że musiała się oprzeć o fotel: próbowała stawiać czoło burzy, ale niebawem opuściła salon.

— Trzeba przyznać, mój dobry Gonzo, że jesteś bardzo niezręczny! krzyknął nań z góry pewien oficer, dojadający czwarte lody. — Jak możesz nie wiedzieć, że koadiutor, który był jednym z najdzielniejszych dowódców armii Napoleona, wypłatał niegdyś haniebnego figla ojcu margrabiny, wymykając się z cytadeli — której dowództwo miał generał Conti — tak jakby sobie wyszedł ze Steccata (główny kościół w Parmie).

— Nie wiem w istocie wielu rzeczy, drogi kapitanie; jestem biedny głupiec, który wciąż strzela bąki.