Ta odpowiedź w smaku czysto włoskim rozśmieszyła towarzystwo kosztem świetnego oficera. Margrabina wróciła niebawem; uzbroiła się w odwagę, nie wolną od nadziei, że ona także będzie mogła podziwiać portret Fabrycego, który tak chwalono. Wspomniała z zapałem o Hayezie, który go wykonał. Bezwiednie słała urocze uśmiechy w stronę Gonza, który złośliwie spoglądał na oficera. Ponieważ inni dworacy oddawali się tej samej przyjemności, oficer uciekł ślubując śmiertelną nienawiść Gonzowi; ten tryumfował, wieczorem zaś, kiedy się żegnał z panią domu, otrzymał zaproszenie na jutrzejszy obiad.

— Nowa historia! — wykrzyknął Gonzo po obiedzie, kiedy służba wyszła — co się dzieje: nasz koadiutor zakochał się w małej Marini!...

Można osądzić wzruszenie Klelii, kiedy usłyszała tę osobliwą wiadomość. Sam margrabia był przejęty.

— Ależ, Gonzo, przyjacielu, strzeliłeś bąka jak zwykle! Powinien byś mówić oględniej o osobie, która miała zaszczyt jedenaście razy grać w wista z Jego Wysokością!

— Otóż, panie margrabio — odparł Gonzo z gruboskórnością właściwą ludziom tego rodzaju — mogę panu przysiąc, że chciałby zagrać i z małą Marini. Ale wystarczy, że te szczegóły nie znajdują łaski w pańskich oczach; już przestały istnieć dla mnie, który przede wszystkim nie chcę urazić mego najukochańszego margrabiego.

Po obiedzie margrabia udawał się zawsze na drzemkę. Tego dnia nie poszedł do siebie; ale Gonzo raczej dałby sobie uciąć język, niżby dodał bodaj słówko o Anetce; co chwila zaczynał jakieś opowiadanie mające budzić nadzieję, że wróci do spraw sercowych ładnej mieszczaneczki. Gonzo posiadał ten iście włoski zmysł polegający na tym, aby odwlekać z rozkoszą upragnione słowo. Biedny margrabia, umierający z ciekawości, musiał zrobić pierwszy krok: oświadczył Gonzowi, że kiedy ma przyjemność jeść obiad w jego towarzystwie, ma dubeltowy apetyt. Gonzo nie zrozumiał, zaczął opisywać wspaniałą galerię obrazów margrabiny Balbi, kochanki nieboszczyka księcia; kilka razy wspominał o Hayezie, cedząc słowa bardzo powoli z największym podziwem. Margrabia powiadał sobie: „No, nareszcie dojdzie do portretu zamówionego przez Anetę Marini!” Ale Gonzowi ani się śniło. Wybiła piąta, co podrażniło margrabiego, który zwykł był o wpół do szóstej, po drzemce, siadać do powozu i jechać na Corso.

— Widzisz, co ty wyprawiasz przez swoje bzdurstwa! — rzekł brutalnie do Gonza — przez ciebie przybędę na Corso po księżnej-matce, której jestem szambelanem i która może ma dla mnie jakieś zlecenia. No! śpiesz się! Powiedz mi w kilku słowach, jeśli możesz, co to są te rzekome amory pana koadiutora?

Ale Gonzo chciał zachować to opowiadanie dla margrabiny, która go zaprosiła na obiad; odklepał tedy w kilku słowach żądaną historyjkę, a margrabia, na wpół uśpiony, pobiegł się zdrzemnąć. Z biedną margrabiną Gonzo wziął się inaczej do rzeczy. Została ona tak młoda i naiwna wśród swoich splendorów, iż sądziła, że trzeba jej naprawić grubiaństwo margrabiego. Gonzo, zachwycony tym sukcesem, odzyskał całą wymowę i z prawdziwą rozkoszą, a nie tylko z obowiązku, zapuścił się w szczegóły bez końca.

Aneta Marini płaciła do cekina za miejsce, które jej zatrzymywano w kościele; przybywała zawsze z dwiema ciotkami i z dawnym kasjerem ojca. Miejsca te, które kazała strzec od poprzedniego dnia, były zazwyczaj na wprost ambony, nieco od strony wielkiego ołtarza, bo spostrzegła, że koadiutor często obraca się ku ołtarzowi. Otóż publiczność zauważyła, że wymowne oczy młodego kaznodziei nierzadko zatrzymują się z upodobaniem na młodej i ponętnej herytierze92; i musiało go to nieco pochłaniać, gdyż skoro tylko utkwił w nią oczy, kazanie stawało się uczone, obfitowało w cytaty, nie było już w nim porywu serca. Damy, których zainteresowanie natychmiast gasło, zaczynały wówczas spoglądać na Anetę i obmawiać ją.

Klelia kazała sobie trzy razy powtarzać wszystkie te szczegóły. Za trzecim razem zadumała się głęboko; obliczała, że to już czternaście miesięcy, jak nie widziała Fabrycego. „Czy to byłoby co złego — powiadała sobie — zajść na godzinę do kościoła, nie aby widzieć Fabrycego, ale aby usłyszeć słynnego kaznodzieję... Zresztą przysiądę gdzieś z dala od ambony i spojrzę na Fabrycego jedynie raz, wchodząc, i drugi raz z końcem kazania... Nie — powiadała sobie Klelia — ja nie Fabrycego chcę zobaczyć, ja chcę usłyszeć zdumiewającego kaznodzieję!” Wśród tych myśli margrabina miała wszakże wyrzuty: postępowanie jej było tak piękne od czternastu miesięcy! Wreszcie powiedziała sobie dla uspokojenia: „Jeżeli pierwsza kobieta, która przyjdzie tu dziś wieczór, była posłuchać monsignora del Dongo, pójdę i ja; jeśli nie była, poniecham”.