Książę zmierzył ją oczyma i rzekł oschle:
— Sądzę, że mam prawo chodzić, dokąd mi się podoba.
Pani Sanseverina zarumieniła się.
— Chciałam tylko — odparła — oszczędzić Waszej Dostojności daremnej drogi, gdyż ten czwartek będzie ostatni: mam zamiar spędzić kilka dni w Bolonii lub we Florencji.
Kiedy księżna wróciła do salonów, wszyscy sądzili, że jest u szczytu łaski, gdy ona ważyła się na coś, na co za ludzkiej pamięci nikt nie odważył się w Parmie. Skinęła na hrabiego, który opuścił wista i udał się za nią do oświetlonego, ale pustego saloniku.
— Ważyłaś się na rzecz bardzo śmiałą — rzekł — nie byłbym ci tego doradzał. Ale w prawdziwie kochającym sercu — dodał, śmiejąc się — szczęście pomnaża miłość. Jeśli opuścisz Parmę jutro rano, jadę za tobą wieczorem. Zatrzymałyby mnie jedynie kłopoty z ministerstwem finansów, w które tak głupio się ubrałem; ale dobrze popracowawszy kilka godzin, można zdać niejedną kasę. Wracajmy, droga moja, do salonu i puszmy się naszym faworem z całą swobodą; to może nasz ostatni występ w tym mieście. O ile książę uważa, żeś go obraziła, ten człowiek zdolny jest do wszystkiego — nazywa to dawać przykład. Gdy się wszyscy rozejdą, zastanowimy się nad sposobem zabarykadowania się na tę noc; najlepiej byłoby może jechać bezzwłocznie do tej willi w Sacca nad Padem, która ma tę zaletę, że jest ledwie o pół godziny od Stanów Austriackich.
Miłość i ambicja księżnej miały rozkoszną chwilę: spojrzała na hrabiego i oczy jej zwilżyły się łzami. Minister tak potężny, otoczony ciżbą dworaków, którzy oddawali mu hołdy niemal jak panującemu, wszystko gotów opuścić dla niej, i tak lekko!
Wracając na salony była upojona radością. Wszyscy korzyli się przed nią.
— Jak szczęście odmienia tę kobietę! — powtarzali dworacy. — Jest nie do poznania. Wreszcie ta rzymska dusza, tak wyższa ponad wszystko, raczy oceniać niesłychaną łaskę monarchy!
Pod koniec wieczoru hrabia zbliżył się do niej.