— Muszę pani oznajmić nowinę.

Natychmiast osoby stojące w pobliżu księżnej oddaliły się.

— Za powrotem do pałacu — ciągnął hrabia — książę kazał się oznajmić u swojej żony. Pomyśl, co za zdumienie! „Przychodzę — rzekł — aby Waszej Dostojności zdać sprawę z bardzo doprawdy miłego wieczoru, który spędziłem u pani Sanseverina. Sama prosiła mnie, abym ci opowiedział, w jaki sposób urządziła ten zapleśniały pałac.” Za czym książę, siadłszy, zaczął po kolei opisywać twoje salony.

Spędził przeszło dwadzieścia pięć minut u żony, która płakała ze szczęścia; mimo swej inteligencji nie umiała znaleźć ani słowa, aby podtrzymać rozmowę w lekkim tonie, jaki Jego Dostojność raczył jej nadać.

Ów książę nie był zły człowiek, co bądź by o nim mówili włoscy liberałowie. Prawda, iż sporo ich wtrącił do więzienia, ale to tylko ze strachu. Powtarzał często, jak gdyby chcąc się pocieszyć po pewnym wspomnieniu: „Lepiej zabić diabła, niż żeby diabeł zabił nas.” Nazajutrz po wieczorze, któryśmy właśnie opisali, był rozpromieniony; spełnił dwa piękne uczynki: poszedł na czwartek i przemówił do żony. Przy obiedzie znów odezwał się do niej; słowem, ten czwartek pani Sanseverina sprowadził rewolucję domową, którą rozbrzmiewała cała Parma; margrabina Raversi była pognębiona, a księżna Sanseverina miała podwójną radość: mogła się przysłużyć swemu kochankowi i przekonała się, że on ją kocha bardziej niż kiedykolwiek.

— A wszystko sprawił koncept, który mi strzelił do głowy! — mówiła do hrabiego. — Byłabym niewątpliwie swobodniejsza w Rzymie lub w Neapolu, ale czy znalazłabym tam tak podniecającą grę? Nie, to pewna, że nie, drogi hrabio; i dzięki tobie jestem szczęśliwa.

Rozdział siódmy

Dzieje czterech następnych lat trzeba by wypełnić dworskimi anegdotami, równie błahymi jak te, które opowiedzieliśmy przed chwilą. Co wiosnę margrabina spędzała z córkami parę miesięcy w pałacu Sanseverina lub w willi Sacca nad Padem; czas mijał tam bardzo lubo, rozmawiano wiele o Fabrycym; ale hrabia nie pozwolił mu ani razu przybyć do Parmy. Księżna i minister musieli wprawdzie naprawiać tę lub ową lekkomyślność chłopca, ale na ogół Fabrycy trzymał się dość statecznie linii, którą mu wytyczono: wielki pan, który studiuje teologię, ale w karierze swojej nie zanadto liczy na swą cnotę. W Neapolu zapalił się do archeologii; szukał wykopalisk, namiętność ta zastąpiła u niego pasję do koni. Sprzedał swoje angielskie konie, aby kopać w Mizenie, gdzie znalazł biust młodego Tyberiusza, zaliczony do najpiękniejszych zabytków. Odkrycie tego biustu było niemal najżywszą przyjemnością, jakiej zaznał w Neapolu. Miał duszę zbyt hardą, aby naśladować innych, na przykład odgrywać serio rolę kochanka. Nie brakło mu kobiet, zapewne; ale nie miały dlań znaczenia. Mimo jego wieku można było powiedzieć, że nie znał miłości; za co kochały go tym więcej. Nic nie broniło mu działać z najdoskonalszą zimną krwią; młoda i ładna kobieta była dlań zawsze tyle warta, co inna młoda i ładna kobieta; z tą różnicą, że ostatnia z brzegu wydawała mu się bardziej nęcąca. Jedna z najbardziej uwielbianych dam w Neapolu robiła dlań szaleństwa przez ostatni rok jego pobytu; zrazu bawiło go to, później znudziło do tego stopnia, iż jednym z uroków odjazdu stało się to, że uwolnił się od względów ślicznej księżnej d’A... W 1821 roku, kiedy zdał jako tako wszystkie egzaminy, guwerner jego otrzymał order i podarek, on zaś ruszył wreszcie do owej sławnej Parmy, o której myślał często. Był monsignorem, miał powóz i cztery konie; na stacji przed samą Parmą wziął tylko dwa, a w mieście kazał się zatrzymać przed kościołem Świętego Jana. Tam znajdował się bogaty grobowiec arcybiskupa del Dongo, jego stryjecznego pradziadka, autora Genealogii łacińskiej. Pomodlił się przy jego grobie, po czym przybył pieszo do księżnej, która spodziewała się go dopiero za kilka dni. Miała gości; niebawem zostawiono ją samą.

— I cóż, rada jesteś ze mnie? — rzekł, rzucając się jej w ramiona. — Dzięki tobie spędziłem cztery dość miłe lata w Neapolu zamiast nudzić się w Nowarze obok kochanki zatwierdzonej przez policję.

Księżna nie mogła ochłonąć ze zdumienia; na ulicy nie byłaby go poznała; wydał się jej — jak było w istocie — jednym z najprzystojniejszych mężczyzn we Włoszech; wyraz zwłaszcza miał coś uroczego. Wysłała go do Neapolu jako śmiałego urwisa; szpicrózga, jaką nosił wówczas ciągle, zdawała się nieodłączną cząstką jego istoty; obecnie miał wzięcie bardzo szlachetne i bardzo opanowane wobec obcych, sam na sam zaś odnajdywała w nim cały ogień pierwszej młodości. Był to diament, który nie stracił nic na oszlifowaniu. Nie było godziny, jak Fabrycy bawił u ciotki, kiedy nadszedł hrabia Mosca; przybył nieco za wcześnie. Młody człowiek wyraził się w tak dobranych słowach o orderze danym jego guwernerowi, a wdzięczność swą za inne dobrodziejstwa, o których nie śmiał mówić jasno, wysłowił z tak doskonałym taktem, iż od pierwszego rzutu oka minister ocenił go najkorzystniej.