Za to przymus moralny mnie zabijał.

To nie było uczucie niesprawiedliwości i nienawiści do ciotki Serafii, jak w Grenobli.

Dałby Bóg, abym się był wykpił tego rodzaju niedolą! To było o wiele gorzej, to było nieustanne poczucie rzeczy, które chciałem czynić, a których nie mogłem dosięgnąć.

Osądźcie rozmiar mego nieszczęścia! Ja, który się miałem równocześnie za Saint-Preux i Valmonta (z Niebezpiecznych związków, naśladowania Klarysy, które się stało brewiarzem prowincjonałów), ja, który czując w sobie nieskończoną skłonność do tego, aby kochać i być kochanym, sądziłem, że brak mi tylko sposobności — ja czułem się niezdarny i niezręczny w towarzystwie, które mi się wydawało smutne i markotne; cóż by dopiero było w miłym salonie!

Więc to był ów Paryż, którego tyle pragnąłem!

Nie rozumiem dzisiaj, w jaki sposób ja nie oszalałem od 10 listopada 1799 do 20 kwietnia w przybliżeniu, kiedy wyjechałem do Genewy.

Nie wiem jeszcze, czy poza obiadem nie musiałem bywać na śniadaniu.

Ale jak odmalować moje szaleństwo? Wyobrażałem sobie społeczeństwo jedynie i wyłącznie na podstawie Sekretnych pamiętników Duclosa, trzech czy siedmiu tomów Saint-Simona do owego czasu wydanych oraz romansów.

Widziałem świat — a i to przez szyjkę od butelki — jedynie u pani de Montmaur, oryginału pani de Merteuil z Niebezpiecznych związków. Była teraz stara, bogata i kulawa. Tego byłem pewny; co się tyczy strony moralnej, protestowała, kiedy mi chciano dać tylko pół smażonego orzecha, gdy przychodziłem do niej do Chevallon; zawsze mi kazała dawać cały. „To robi taką przykrość dzieciom!” — mówiła. To jest wszystko, co zaobserwowałem, jeżeli chodzi o jej stronę moralną. Pani de Montmaur wynajęła albo kupiła dom Drevonów, młodych hulaków, przyjaciół mego wuja R. Gagnona, którzy się prawie zupełnie zrujnowali.

Autentyczny szczegół o pani de Montmaur, oryginale pani de Merteuil, jest może tu nie na miejscu, ale chciałem przez anegdotę z orzechem pokazać, ile ja znałem świata.