Zatrzymaliśmy się na małej platformie.

— Aha, celują do nas! — rzekł kapitan.

— Czy jesteśmy na odległość strzału? — spytałem.

— Aha, już się smarkacz boi! — odparł wściekły. Było przy tym siedem czy osiem osób.

Te słowa były niby pianie kura dla świętego Piotra. Widzę się znowu: zbliżam się do brzegu platformy, aby być bardziej narażony; kiedy kapitan ruszył, ociągałem się kilka minut, aby okazać moją odwagę.

Oto jak ujrzałem ogień po raz pierwszy.

Był to rodzaj dziewictwa, które ciążyło mi nie mniej niż tamto.

Rozdział XLVI

Wieczorem, zastanawiając się nad tym, nie mogłem się opamiętać ze zdumienia: „Jak to, więc to tylko to?!” — powiadałem sobie.

To zdziwienie nieco głupawe i ten wykrzyknik towarzyszyły mi całe życie. Sądzę, że to wynika z wyobraźni; robię to odkrycie, tak jak wiele innych w 1836, pisząc.