Pożyczę na chwilę języka Cabanisa. Mam skórę o wiele zbyt delikatną, skórę kobiecą (później robiły mi się zawsze pęcherze, kiedy trzymałem szablę przez godzinę), kaleczę sobie palce, które mam bardzo ładne, od lada drobnostki; słowem, powłoka mego ciała jest kobieca. Stąd może bezgraniczny wstręt do wszystkiego, co brudne albo wilgotne, albo czarniawe. Wiele z owych rzeczy widziałem u tych jakobinów.

Kiedym w godzinę potem wszedł do pani Colomb, ciotka moja o charakterze hiszpańskim popatrzała na mnie bardzo serio. Wyszliśmy; kiedyśmy byli sami na ulicy, rzekła:

— Jeśli się będziesz tak wymykał, ojciec spostrzeże się...

— Nigdy, jeśli Serafia mnie nie zadenuncjuje..

— Pozwól mi mówić... A ja nie mam ochoty rozmawiać z ojcem na twój temat. Już cię nie wezmę nigdy do pani Colomb.

Te słowa powiedziane z wielką prostotą poruszyły mnie; uderzyła mnie szpetota jakobinów; nazajutrz i następnych dni chodziłem zadumany, bożyszcze moje zachwiało się. Gdyby dziadek był odgadł mój stan duszy (a byłbym mu wszystko powiedział, gdyby mnie spytał w chwili, gdyśmy polewali kwiaty na terasie), byłby mógł na zawsze ośmieszyć jakobinów i sprowadzić mnie na łono „arystokracji” (tak nazwanej wówczas, dziś noszącej miano legitymistów lub konserwatystów). Zamiast idealizować jakobinów wyobraźnia moja zaczęłaby sobie uprzytamniać, bodaj przesadnie, brud ich sali u Św. Andrzeja.

Zostawione samo sobie niechlujstwo to zatarło się niebawem pod wpływem jakiegoś opowiadania o wygranej bitwie, przy którym jęczała moja rodzina.

W tej epoce wyobraźnia moja zaczynała przyswajać sobie sztukę, drogę zmysłów, powiedziałby kaznodzieja. W pracowni pana Le Roy znajdował się wielki i piękny krajobraz: stroma góra na bardzo bliskim planie, strojna w piękne drzewa; u stóp tej góry strumień płytki, ale szeroki, przezroczysty, płynął od lewej do prawej u stóp ostatnich drzew. Trzy kobiety prawie nagie (albo bez „prawie”) kąpały się wesoło. Był to prawie jedyny jasny punkt na tym płótnie mającym półczwartej na półtrzeciej stopy.

Krajobraz ten, o czarującej zieloności, zastawszy wyobraźnię przygotowaną przez Felicję57 stał się dla mnie ideałem szczęścia. Było to pomieszanie tkliwych uczuć i słodkiej rozkoszy. Kąpać się w ten sposób z tak uroczymi kobietami!

Przezroczysta woda stanowiła luby kontrast z cuchnącymi strumieniami w Granges, pełnymi żab i pokrytymi zieloną pleśnią. Zieloną roślinę, która rośnie na tych brudnych strumieniach, brałem za zgniliznę. Gdyby dziadek był mi powiedział: „To roślina; nawet pleśń, która psuje chleb, jest rośliną”, wstręt mój byłby w jednej chwili ustał. Przemogłem go całkowicie aż wówczas, kiedy pan Adrian de Jussieu podczas naszej podróży do Neapolu w 1832 (ten człowiek tak naturalny, tak rozsądny, tak godny kochania) opowiadał mi obszernie o tych roślinkach, zawsze trochę podejrzanych o zgniliznę w moich oczach, mimo że wiedziałem mglisto, że to są rośliny.