Rozdział jedenasty. Nowa lekcja do nauczenia się

Długi czas upłynął, zanim dzieci przestały wspominać ze śmiechem ów wesoły wieczór. Henryś oznajmił życzenie, aby co tydzień powtarzać Walentynki.

— Czy nie przypuszczasz, że zmęczyłby się święty Walenty pisaniem wierszy? — zapytała Kasia. Ale ona sama bawiła się tym żartem i wesołe wspomnienia podtrzymywały ją w długie zimowe wieczory.

Wiosna była późna tego roku, ale potem nastało gorące lato. Kasi bardzo dokuczał upał, nie mogła zmieniać miejsca i od okna do okna gonić za chłodnym wietrzykiem, jak to robili inni. Długie, palące dni osłabiały ją i przegrzewały. Zwieszała głowę i zdawała się więdnąć jak kwiaty na grządkach. Gorzej jej było nawet niż kwiatkom, bo Aleksander co wieczór polewał je wodą, a jej nikt nie mógł przynieść chłodnego powietrza.

Niełatwo było zachować humor wśród tych okoliczności i nikt nie mógł potępiać Kasi, że zapominając czasem o swych postanowieniach, była cierpka i grymaśna. Trzeba przyznać, że nieczęsto się zapominała, ale zdarzały się dni zniechęcenia i zgnębienia. Długi rok szkolny nauczył ją panować nad sobą i w ogóle cierpliwie znosiła dolegliwości, ale nie było to w jej mocy, żeby nie chudnąć, nie blednąć. Ojciec zauważył z niepokojem, że gdy lato nastało, owładnęła nią taka ociężałość, że nie mogła czytać, uczyć się ani szyć i długie godziny siedziała z założonymi rękami, z zadumą patrząc przez okno.

Ojciec próbował ją przewozić, ale ruch powozu, przenoszenie z domu i na powrót sprawiały tyle bólu, że zrezygnowała z tego. Nie było więc innej rady tylko czekać chłodniejszej pory i gdy lato minęło, cieszyli się wszyscy, którzy kochali Kasię.

Kiedy nastał wrzesień, chłodne poranki i wieczory, świeży wietrzyk, zapach sosnowych lasów i wierzchołków wzgórz, wszystko zdawało się odżywione, nawet i Kasia. Zaczęła na nowo szydełkowe robótki i czytanie, po niejakim czasie zebrała swe książki i próbowała uczyć się według rady kuzynki Heleny, ale po tylu złych tygodniach wydawało się to cięższą pracą niż przedtem. Pewnego dnia poprosiła ojca, żeby mogła brać lekcje języka francuskiego.

— Zapomnę wszystkiego, co umiałam, Józia zacznie nowy kurs, a ja nie chcę, żeby mnie tak bardzo prześcignęła. Czy myślisz papo, że pan Berger przychodziłby tu? On daje czasem lekcje po domach.

— Sądzę, że nie odmówi, gdy poprosimy — odparł doktor Carr, ciesząc się, że jakieś życie rozbudza się w Kasi.

Zawarto więc taki układ, że pan Berger przychodził dwa razy tygodniowo i siedząc przy fotelu Kasi, poprawiał jej ćwiczenia, uczył koniugacji i wymowy. Żywy ten staruszek umiał uprzyjemnić lekcję.