— To się zdaje doskonałe, Doroto, chciałabym, żebyś spróbowała. Weź garniec ostryg, kwartę siekanej wołowiny, sok z dwóch cytryn, cztery cebule, szklankę wina białego, garstkę macierzanki, garstkę szczypiorku, garstkę suszonych jagód, pokrajaną szalotkę...

— Proszę panny Katarzyny, i cóż z tego będzie?

— Jak to, nie wiesz? Musi to być zupełnie zwyczajna potrawa, bo się znajduje we wszystkich prawie przepisach.

— Nie, panno Katarzyno, nigdy jeszcze o tym nie słyszałam. Panna Carr nie dysponowała mi ślimaków, wcale a wcale!

— Boże mój! Jakież to drażniące! — Kasi zbierało się na płacz i szarpała kartkami w książce. — A więc musimy spróbować czegoś innego.

Biedna Dorota! Gdyby nie kochała tak serdecznie Kasi, sądzę, że straciłaby wszelką cierpliwość, ale znosiła te próby łagodnie i czasem tylko pomrukiwała przed Brygidą. Doktor Car był zmuszony jadać różne dziwaczne rzeczy, ale nie zważał na to, a dla dzieci pora obiadowa stała się ciekawa, bo nigdy nie mogły odgadnąć, co jest na stole. Henryś grał tam rolę doktora Livingstona71 w dżunglii dziwacznych artykułów żywieniowych i zazwyczaj robił pierwszą próbę, a gdy pochwalił, inni szli za jego przykładem.

Po jakimś czasie Kasia nabrała doświadczenia i przestała dręczyć Dorotę próbami nowych dań. Wrócili do prostych potraw pieczonych i gotowanych, i wszystkim lepiej z tym było. Niebawem zaczął się jednak inny szereg doświadczeń, wpadła jej bowiem w rękę książka „o żołądku” — skutkiem czego ogarnął ją szał zdrowych pokarmów. Prosiła Józię i inne dzieci, żeby zarzuciły cukier, masło, sos do budyniu, ciastka, paszteciki i prawie wszystko, co lubiły. Ryż gotowany wydawał jej się najrozsądniejszą leguminą i raczyła ich nią tak długo, że na koniec Joasia i Henryś uknuli spisek, a doktor Carr był zmuszony wdać się w tę rzecz.

— Moja droga, przesadzasz nieznośnie — rzekł, gdy Kasia otworzyła książkę, by się wytłumaczyć ze swych poglądów. — Cieszy mnie to, że dzieci jadają zdrowe pokarmy, ale doprawdy łykać gotowany ryż pięć razy na tydzień, to za często.

Kasia poddała się z westchnieniem. Gdy nastała wiosna, ogarnęła ją znów przesadna troskliwość i ciągle posyłała Józię na dół, żeby zapytać Dorotę, czy się chleb nie przypalił albo czy marynaty nie fermentują w słojach. Męczyła też dzieci, żeby nosiły grube obuwie i ciepłe odzienie, i miała zupełnie taką minę, jak gdyby troski całego świata spoczywały na jej ramionach.

Były to naturalne błędy osoby początkującej. Kasia miała zbyt wiele gorliwości, żeby się nie poprawić. Z każdym miesiącem gospodarowała lepiej i lepiej, zajęcia szły gładziej i przestały ją gorączkować. Doktor Carr, widząc, że się jej twarz i ruchy coraz bardziej ożywają, poznał, że próba się powiodła. Już nie wspominano o „kimś innym” — a Kasia, siedząc na górze w swym wielkim fotelu, mocno trzymała w rękach rządy w całym domu.