— Kasia woła! — rzekła Józia, gdy się dzwonek odezwał na górze. — Jeżeli chcesz, to do niej pójdę.
— Nie, sama pójdę i zobaczę zaraz, czego jej trzeba. — Ale Józia już była w połowie sieni, więc obie pobiegły. Często bywały małe starcia między nimi, bo każda chciała śpieszyć na głos dzwonka. Tak lubiły służyć siostrze!
Kasia spotkała je przy drzwiach: nie stała na nogach, bo to niestety było jeszcze zupełnie niemożliwe, ale siedziała w fotelu na kółkach, w którym jeździła po pokoju. Była to dla niej wielka wygoda, mogła się bowiem krzątać i otwierać szuflady, nie trudząc nikogo. Od niedawna dopiero mogła korzystać z tego fotela i doktor Carr uważał to za dobry znak, ale nie mówił Kasi, przyzwyczaiła się już do niepełnosprawności i była wesoła, zdawało się więc nierozsądkiem karmić ją niepewną nadzieją.
Przyjęła dziewczęta pogodnym uśmiechem i rzekła:
— Józiu, na ciebie dzwoniłam. Boję się, że Brygida poprzewraca wszystko na stole u papy, a wiesz, jak on nie lubi, żeby czegoś tam dotykać. Bądź łaskawa powiedzieć, żeby nic nie ruszała, a jak położą dywan, idź sama wytrzeć z kurzu stół, żeby wszystko było z pewnością na swoim miejscu. Zrobisz to?
— Ma się rozumieć — odrzekła Józia, która była gosposią z powołania i szczerze lubiła służyć Kasi za pierwszego ministra.
— Czy mam ci stamtąd przynieść poduszeczkę do szpilek?
— Proszę cię, bo chciałabym ją wymierzyć.
— Kasiu — odezwała się Elżbietka — moje patarafki są prawie gotowe, chciałabym je tylko wykończyć i położyć na umywalni papy, zanim wróci. Czy mogę przerwać ćwiczenia i przynieść sobie robotę?
— Jeżeli będzie dosyć czasu do wyuczenia się ich, zanim przyjdzie panna Phillips.