— Zdaje mi się, że aż nadto, bo się jej spodziewam dopiero w piątek.

— W takim razie sądzę, że nie ma przeszkody, ale droga Elżbietko, pobiegnij najpierw do pokoju papy i przynieś mi szufladę ze stołu, bo ją chcę sama uporządkować.

Elżbietka pobiegła i wróciła wesoło. Postawiła szufladę na kolanach u Kasi, która zajęła się zaraz odkurzaniem i układaniem.

— Masz poduszeczkę, a teraz będziemy miały wolną chwilę dla siebie, nieprawdaż? Lubię dni, w które nam nikt nie przeszkadza.

Właśnie gdy kończyła to mówić, zapukał ktoś do drzwi.

— Proszę wejść — zawołała Kasia i wszedł duży, barczysty chłopiec z poważną i rozumną twarzyczką, niosąc ostrożnie zegar w obu rękach.

Był to Henryś: wyrósł, dojrzał bardzo od czasu, kiedy go ostatni raz widzieliśmy, i przejawiał różne zdolności, zwłaszcza do matematyki.

— Oto twój zegar, Kasiu, starałem się tak go nastawić, żeby dobrze bił, ale musisz być ostrożna i nie uderzyć młoteczka, poruszając wahadłem.

— Doprawdy, zrobiłeś to? Ależ Henrysiu, jesteś geniuszem! Zawsze ci tak dużo zawdzięczam!

— Teraz jest cztery minuty do jedenastej — objaśniał Henryś —- będzie zatem niedługo bił. Sądzę, że lepiej, żebym tu został posłuchać, czy dobrze nastawiony — i dodał grzecznie — chyba, że jesteś zajęta i wolałabyś, żebym odszedł.