Kasia wahała się chwilkę, a Józia, ciągnąc ją za rękaw, szepnęła: „Nie dawaj” — ale widząc zasmuconą twarz Henrysia, rozmyśliła się.
— Dobrze, weź go, Henrysiu. Jestem pewna, że będziesz ostrożny, ale gdybym ja była na twoim miejscu, zaniosłabym go przede wszystkim do Wetherellów i rozmówiłabym się z nimi. Zarazem mógłbyś go nastawić jak należy. Czy nie jesteś mego zdania?
— Może być — rzekł Henryś — zdaje mi się, że tak zrobię.
I poszedł z zegarkiem pod pachą, a Józia żartobliwie za nim wołała:
— Śniadanie o godzinie sto trzydziestej drugiej! Pamiętaj!
— Nie zapomnę! — odparł Henryś. Dwa lata przedtem nie zniósłby tak spokojnie, żeby się ktoś śmiał z niego.
— Jakżeś ty mogła pozwolić, żeby znowu zabrał ten zegarek? — powiedziała Józia, gdy się drzwi zamknęły. — On go zepsuje, a tak go lubisz!
— Zdawało mi się, że go bardzo upokorzę, gdy nie pozwolę mu spróbować jeszcze raz — odpowiedziała Kasia spokojnie. — Nie przypuszczam, żeby go zepsuł, przy tym pomocnik Wetherella bardzo kocha Henrysia, więc mu pokaże, co zrobić.
— Okazałaś się bardzo dobra — odparła Józia — ale gdyby to był mój zegarek, wątpię, czy bym go dała.
W tej chwili otworzyły się drzwi i Joasia wpadła, o dwa lata wprawdzie większa, ale poza tym zupełnie taka, jak była.