— Ach, Kasiu! Bądź łaskawa powiedzieć, żeby Filipek nie mył kurcząt w beczce od wody deszczowej, wrzucił tam wszystkie kurczęta Specklesowej, a teraz zaczyna wpuszczać te od pani Durden. Boję się, że jedno żółte już nie żyje.
— Naturalnie, że nie powinien tego robić! — rzekła Kasia. — Skąd mu taka myśl przyszła do głowy?
— Powiada, że są brudne, bo dopiero co wyszły z jajek! I upiera się, że to żółte, co na nich jest, to żółtko od jaja. Mówiłam, że się myli, ale nie chciał słuchać. — I Joasia załamała rączki.
— Józiu! — zawołała Kasia. — Czy nie pobiegłabyś na dół, żeby mi przyprowadzić Filipka? Ale mów z nim łagodnie, rozumiesz.
— Ja także mówiłam łagodnie, zupełnie łagodnie, ale to nic nie pomogło — rzekła Joasia, na której krzywda kurczątek widocznie sprawiła głębokie wrażenie.
— Jaki się figlarz robi z tego Filipka — rzekła Elżbietka.
— Z figlarzy wyrastają dobrzy i porządni ludzie — odpowiedziała Kasia.
Po chwili przyszedł Filipek wraz z Józią. Miał trochę wyzywającą minę, ale Kasia wiedziała, jak z nim rozmawiać. Posadziła go na kolanach, co niezmiernie lubił, chociaż wyrósł na dużego chłopca, i mówiła tak serdecznie o biednych, drżących kurczątkach, że mu serce zupełnie zmiękło.
— Ja nie chciałem im zrobić krzywdy, doprawdy! — rzekł. — Ale wszystkie były brudne i żółte od jajka, rozumiesz, więc myślałem, że będziesz zadowolona, jak je oczyszczę.
— To nie było jajko Filipku, tylko czyściutkie piórka jak w skrzydełkach kanarków.