— Czy tak?

— Ależ tak, a teraz kurczątkom zimno, przykro, i tobie by tak było, jakbyś wpadł w staw, a nikt by ci nie podał suchego ubrania. Czy nie chciałbyś pójść je ogrzać?

— Jakże?

— W rączkach, bardzo ostrożnie, a potem puściłbyś je na słońce, żeby polatały.

— Dobrze — powiedział, zsuwając się z jej kolan — tylko pocałuj mnie najpierw, bo ja nie chciałem im zrobić nic złego, ty wiesz! — Filipek bardzo był przywiązany do Kasi i panna Pettingill mówiła, że to zadziwiająca rzecz, jak się to dziecko daje prowadzić. Zdaje mi się, że w tym leżała tajemnica, iż Kasia nie „prowadziła”, tylko starała się zawsze być dobra, kochająca i szanować jego uczucia.

Zaledwie ucichły buty Filipka na schodach, stara Marianna z niezadowoloną miną wsunęła we drzwi głowę, mówiąc:

— Panno Katarzyno, chciałabym, żeby pani powiedziała Aleksandrowi, że ma uporządkować drwalnię. Chyba nie wie pani, co się tam dzieje!

— Zapewne, że nie wiem — odrzekła Kasia z uśmiechem, ale potem wymknęło jej się westchnienie, bo nie widziała drwalni od owego dnia, kiedy spadła z huśtawki. — Bądź spokojna, powiem Aleksandrowi i wszystko tam uporządkuje.

Marianna odeszła zadowolona, ale kilka minut później wróciła, mówiąc:

— Jakiś człowiek przyszedł z pudełkiem mydła, panno Katarzyno, i oto rachunek.