Ten rozbójnik zdawał się mieć śmiałe, czarne pismo, co się zaś tyczy papieru i koperty, to były zupełnie takie jak u wszystkich ludzi, ale może wpadł mu w ręce sprzedawca materiałów piśmiennych.

— Może coś znajdę — rzekła Imogena, przebiegając całą stronicę. — Uwielbiona Imogeno.... to nie zajęłoby was... hm, hm, hm... aa, tu coś jest. Byłem na obiedzie w Rock House na Boże Narodzenie. Smutno było bez ciebie. Jadłem pieczonego indyka, pieczoną gęś, pieczoną wołowinę, nadziewane paszteciki, budyń ze śliwkami, orzechy i rodzynki. Bardzo dobry obiad, nieprawda? Ale nic nie smakuje, gdy nie mamy koło siebie drogich nam osób.

Kasia i Józia spoglądały ze zdumieniem. Takież to słowa pisze rozbójnik?

— Jaś Billings kupił nowego konia — czytała dalej Imogena — hm, hm, hm, hm. Nie sądzę, żeby was tu mogło coś zaciekawić. Ach prawda! Właśnie, na samym końcu jest wierszyk.

— Jakie to milutkie, nieprawdaż?

— Czy on się poprawił? Tak by się zdawało z listu — powiedziała Józia.

— Czy się poprawił? — wykrzyknęła Imogena, brząkając kolczykami. — On był zawsze najlepszym, jakim tylko być można!

Nie było co odpowiedzieć. Kasia uczuła, że jej usta drgają ze strachu, że się okaże niegrzeczna i wybuchnie głośnym śmiechem, zaczęła jak najprędzej mówić o czymś innym. Cały ten czas oceniała Imogenę i pytała siebie: „Czy to być może, żebym ją kiedyś lubiła? Jakie to dziwnie! Jakim też papa jest rozumnym człowiekiem!”.

Zabawiwszy pół godziny, Imogena pożegnała się.

— Wcale się nawet nie spytała o twoje zdrowie! — wykrzyknęła z oburzeniem Elżbietka. — Dobrze uważałam, że się nie spytała ani razu.