— Pewno zapomniała, zresztą o niej mówiłyśmy, nie o mnie — odparła Kasia.

Mała ta gromadka zabrała się znowu do swych zajęć; tym razem minęło pół godziny, a nikt nie przeszkodził. Nareszcie odezwał się dzwonek i Brygida ukazała się na górze z jakąś zmieszaną twarzą, mówiąc:

— Panno Katarzyno, to stara pani Worrett, musiała przyjść na cały dzień, bo ma worek z sobą. Cóż jej mam powiedzieć?

— Ach Boże! — odezwała się Kasia niechętnie — Jakie to nieszczęście! Cóż my zrobimy?

Pani Worrett była to stara przyjaciółka ciotki Izy, mieszkała na wsi około sześciu mil od Burnet. Ile razy sprowadzały ją do miasta interesy lub sprawunki, zazwyczaj przychodziła na śniadanie do doktora Carr. Nie zdarzało się to często i przedtem Kasia nie potrzebowała jej zabawiać.

— Powiem, że panny są zajęte i nie mogą widzieć się z nią, wszakże dziś nie ma nawet obiadu — rzekła Brygida.

Dwa lata przedtem Kasia na pewno podskoczyłaby w górę na tę myśl, ale dziś była rozważniejsza.

— N-ie — odparła — nie chcę tego zrobić, musimy sobie jakoś poradzić, Brygido. Zbiegnij, droga Józiu, jak przystoi dobrej dziewczynce, i powiedz pani Worrett, że w jadalnym pokoju panuje nieład, ale zjemy tutaj śniadanie i że, gdy odpocznie, z przyjemnością zobaczę ją u siebie. Ach Józiu! Daj jej najpierw wachlarz, bo jej będzie tak gorąco. Brygido, możesz nie zmieniać śniadania, tylko dodaj smażone brzoskwinie na wety76 i zrób dla pani Worret filiżankę herbaty, zdaje mi się, że ją zwykle pija.

— Nie mogę odprawić tej biednej kobiety, kiedy przybyła z tak daleka — tłumaczyła się Elżbietce, gdy zostały same. — Pchnij trochę fotel w tę stronę, Elżbietko, a te małe krzesełka ustaw pod ścianą, czy pamiętasz, że upadła z takiego ostatnim razem?

Dosyć czasu upłynęło, zanim się pani Worrett ochłodziła, i dopiero po jakichś dwudziestu minutach, ciężkie, trzeszczące kroki po schodach, oznajmiły, że gość nadchodzi. Elżbietka zaczęła się chichotać, bo ją ta pani zwykle pobudzała do śmiechu, ale zanim otworzyły się drzwi, Kasia zdążyła napomnieć ją wzrokiem.