Wizyta Imogeny nie powiodła się wcale. Pan Carr był dla niej bardzo grzeczny przy obiedzie, ale przyglądał się jej bacznie i Kasia widziała komiczne mruganie jego oczu, które się jej nie podobało.
Miał on bardzo dziwne oczy: widział nimi wszystko i czasem mówił nimi więcej i wyraźniej niż językiem. Kasia zaczynała czuć zmęczenie i wyznała później, że nie wytrzymałaby tego popołudnia, gdyby nie to, że pobiegła dwa czy trzy razy pocieszyć się czytaniem Rozamundy.
— Czy nie cieszysz się, że już sobie poszła? — szepnęła Józia, gdy stały przed bramą, patrząc na Imogenę idącą do domu.
— Ach Józiu! Jak możesz tak mówić! — rzekła Kasia, ale dała jej dobrego szturchańca i sądzę, że w głębi serca była szczerze zadowolona.
Nazajutrz ojciec rzekł:
— Kasiu, weszłaś do pokoju zupełnie jak panna Clark, twoja nowa przyjaciółka.
— Jak to? Nie rozumiem, co papa chce powiedzieć — odezwała się Kasia mocno zarumieniona.
— Przypatrz się — rzekł pan Carr. Podniósł w górę ramiona, rozparł łokcie i drobił kroki. Kasia nie mogła wstrzymać się od śmiechu, tak to było zabawne, tak podobne do Imogeny. Potem usiadł i przyciągnął Kasię do siebie, mówiąc:
— Cieszy mnie to moja droga, że masz kochające serce, ale są rzeczy, które nie powinny wzbudzać uczucia. Ta dziewczynka wcale mi się nie podobała wczoraj. Cóż cię tak bardzo pociąga do niej?
— Ja jej nie lubiłam już tak bardzo wczoraj — przyznała Kasia pokornie — w szkole bywa czasem znacznie milsza.