— Czy kuzynka Helena nie zazdrości, widząc, że chodzą i ruszają się, a ona nie może?

— Nie — odrzekł doktor Carr — ona nie zazdrości, bo jest prawie aniołem i kocha innych bardziej niż siebie. Bardzo cieszę się, że mogła tu przyjechać, jest przykładem dla nas wszystkich, Kasiu, i nie mógłbym żądać nic lepszego, niż żeby moje dziewczątka brały z niej wzór.

„Choroba musi być okropną rzeczą — myślała sobie Kasia po odejściu ojca. — Gdybym musiała leżeć w łóżku cały tydzień, to bym umarła, wiem, że umarłabym”.

Biedna Kasia! Zdawało jej się, tak jak wszystkim młodym, że nic łatwiejszego jak umrzeć, gdy się w życiu nie powodzi!

Ta rozmowa z ojcem uczyniła kuzynkę Helenę jeszcze bardziej interesującą w oczach Kasi. Było to jakby znajdować się w jednym domu z bohaterką „z książki”, tyleż smutnej, co i pięknej historii.

Owego popołudnia zabawa była często przerywana, bo co kilka minut któreś z dzieci biegło patrzeć, czy jeszcze nie ma czwartej. Gdy wybiła, wszyscy sześcioro pogalopowali na górę.

— Pewnie będziemy teraz opowiadać historie — rzekła kuzynka Helena.

Opowiadali więc historie, a opowieści kuzynki Heleny okazały się najlepsze. Jedna była o złodzieju i wywołała rozkoszne dreszcze we wszystkich prócz Filipka, który się tak rozgorączkował, że poczuł w sobie ducha wojownika.

— Ja się nie boję złodziei — wygłaszał, chodząc wzdłuż pokoju. — Gdyby przyszli, przeciąłbym ich na dwoje, tym mieczem, co mi dał papa. Oni raz przyszli i przeciąłem ich na dwoje, na troje, na pięcioro, na dziesięcioro! Trzeba było to widzieć!

Ale jeszcze tego wieczoru, gdy młodsze dzieci poszły spać, a Kasia i Józia siedziały w błękitnym pokoju, dał się słyszeć przeraźliwy krzyk u najmłodszych. Józia pobiegła i przekonała się, że to Filipek, siedząc na łóżeczku, woła o ratunek.