— Nie było sanek „Kakatoe”, więc kupiłam takie.
— Ładne są i mi też się podobają. Ach schowaj je! Schowaj! — wykrzyknęła z nagłym przestrachem. — Ktoś idzie!
Ale tym ktosiem był tylko ojciec, który wsunął głowę do pokoju, gdy ciotka Iza obładowana paczkami skradała się przez sień.
Kasia ucieszyła się, że go schwyci dla siebie. Chciała bowiem naradzić się, co ofiarować ciotce.
— Może byś kupił, papo, taką książkę, jak ma kuzynka Helenka, bo się ciotce Izie bardzo podobała. Nie pamiętam dokładnie tytułu, było to coś o cieniu. Ale wydałam wszystkie pieniądze!
— Nie troszcz się o to, poradzimy sobie. Cień Krzyża, czy tak? Kupię po południu — powiedział doktor Carr.
— Dziękuję ci, papo, proszę, jeżeli można, o brązową okładkę, bo taka była u kuzynki Heleny. Ale niech ciotka Iza o tym nie wie, dobrze? Bądź ostrożny, papo!
— W razie czego połknę książkę wraz z brązową okładką i ze wszystkim — rzekł ojciec, robiąc zabawną minę, bo cieszył się, że Kasię coś zajmuje.
Te rozkoszne tajemnice tak pochłaniały jej myśli, że ledwo miała czas spostrzec, że dzieci nie przychodzą w porze, kiedy zazwyczaj często nawiedzały jej pokój. Od trzech dni prawie się nie pokazywały, ale owego dnia przyszły gromadnie po kolacji, z bardzo wesołymi twarzami, jak gdyby się gdzieś doskonale zabawiły.
— Ty nie wiesz, cośmy robili — odezwał się Filipek.