— Naturalnie...
Miłośnik anonimów jest zrozpaczony. Odwiesza słuchawkę i udaje się na wódkę. W barze wlewa się na wesoło. Chwiejnym krokiem podchodzi do telefonu i wobec wielu osób wyszukuje jakiś numer w książce telefonicznej, po czym dzwoni, sepleniąc pijacko do słuchawki:
— Czy to mieszkanie pana doktora Fitalskiego? Tu życzliwy, pańska żona zdradza pana w tej chwili w hotelu Panama ze swym narzeczonym-kryminalistą.
— ...
— Ach! To służąca. Proszę poprosić pana do telefonu.
— Wyszedł? W takim razie zaraz, kiedy tylko wróci, trzeba mu powtórzyć to, co mówiłem.
Miłośnik anonimów jeszcze nie zdążył odwiesić słuchawki, a już od najbliższego stolika wstał jakiś pan i spoliczkował go siarczyście.
— Pan przed chwilą dzwonił do mego mieszkania — dodał po chwili. I odszedł...
Księżycowe kłopoty
Księżyc, zupełnie blady i wymokły po przepitym dniu i nocy spędzonej na stanowisku, niedbale wyjął z ust papierosa i rzucił za siebie, przeciągnął się leniwie, splunął, westchnął raz jeszcze i poszedł na spacer. Była pełnia. Należało błyszczeć beztroskim, wesołym uśmiechem, tymczasem w roztargnieniu zupełnie zapomniał wypomadować łysinę i przejrzeć się nieco w jakimś jeziorze. Wziął więc głęboki łyk powietrza w płuca, wydął policzki i zajrzał do pobliskiego stawu.