Czas płynął, a on trwał tak, jak skamieniały. Tylko złośliwy uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Wreszcie zaczął cofać się w głąb nocy. Coś sztywno poruszyło się w pokoju i na parapecie stanął młody człowiek w zielonej piżamie. Szedł za księżycem, który jednym filuternym okiem zerknął w mijane otwarte okna.

Wreszcie zatrzymał się i spojrzał w głąb pokoju. Na dużym małżeńskim łóżku spał otyły pan z brodą. Brodę trzymał na kołdrze.

Księżyc zerknął na lunatyka. Posłuszny, okryty srebrną drętwą88 młodzieniec drewnianym krokiem wszedł do pokoju.

— Nie, drogi panie, tym razem to ja jestem w domu, a moja żona wyjechała! — krzyknął na powitanie pan z brodą i wewnątrz powstała wielka bijatyka.

Księżyc cofnął się dyskretnie, poszedł nad lasy i jeziora, wymachując strugą promieni niby zwinną i krętą laseczką.

— Prędzej, prędzej! — wołał dyżurny anioł. — Znowu się spóźnicie na poranny raport.

Sąd, stwierdziwszy, że pan Aleksander Paluch jest autentycznym lunatykiem, wydał wyrok uniewinniający.

Szumowiny

Kiedy pogasną latarnie, a świt szarym blaskiem rozbarwi ciemne kontury zmarłych domów i rozświetli miasto, po minionych conocnych igrzyskach ciemnych namiętności, wzdłuż ziewających ulic ścieka pstrokaty ludzki tłum i zbiera się niby mętny osad w okolicach dworca oraz w paru dorożkarskich knajpach.

Sto wcieleń bezsennej nędzy. Chichot bezzębnych ust. Ludzie, którzy przegrali stawkę życia. Wytworni zaświatowcy. Czupiradła wyjęte spod prawa. Mordercy płaczący nad kuflem piwa. Wióry wielkomiejskiego życia. Portowe dno.