Kiedy nocą wydarzy się taki wypadek, nazajutrz wiele jest krzyku w halach. Poszkodowana kupcowa rzuca podejrzenia na szanowne swoje koleżanki, rozpoczynają się waśnie i bijatyki. Panie walą się szczupakami po perukach. Ogólne zdenerwowanie wzrasta. Udziela się rybom. Ryby cieszą się z niesnasek swoich oprawców, wyślizgują się z rąk, klaszcząc o lady i podłogi, jeszcze tańczą z radości w koszach służących, wiją się ze śmiechu pod płaskimi nożami kucharek, klaszczą z zachwytu na patelniach, a wreszcie, podane na półmisku, jeszcze z talerzów skaczą do góry wesołymi wysokimi susami.

Tymczasem w halach historia nocnej kradzieży zaczyna się konkretyzować.

— To pani ukradła mi ryby!

— Odczep się, ty wariatka!

— Tu nie ma „odczep”. Ja poznałam tego karpia. To jest mój karp. Ja znam każdą swoją rybę.

— Widzicie jaka mądra... A po czym kupcowa ją poznaje?

— Zeza miała. Zeza na prawe oko...

Nieporozumienie zatacza coraz szersze kręgi, handel zacina się. Ustaje. Kolorowe, pstre, nieszczęśliwe, karłowate stado ludzi z ciekawością otacza kłócące się przekupki, a one zaraz zderzą się z sobą, skoczą sobie czupurnie do włosów. Nad tłumem zawisną strzępy piskliwych, pokrwawionych okrzyków. Za chwilę obie zaczną tańczyć, trzepać się i wysokimi susami skakać do góry, a ryby w koszach, na wagach i ladach będą leżały spokojne i obojętne.

Trudno jest wyjaśnić, która przekupka zakradła się nocą i której kupcowej ukradła więcierz91 ryb z basenu.

Jednak podczas ostatniego wypadku nie było wątpliwości. Bowiem kiedy rano otworzono hale, skonstatowano, że w największym basenie ubyło ryb, ale przybyła kupcowa, której tu na noc nikt nie umieszczał. Jeśli chodzi o żywą wagę, można było uznać, że wszystko jest w porządku.