Dzieciak nie może nawet płakać. Przelewa się przez ręce starca, który ściąga go za karę z krzesła i stawia przed sobą.
— Postój jeszcze trochę, kochany syneczku, to cię zmęczy...
Chłopiec przewraca się. Wtedy starzec bierze dzieciaka w objęcia, tuli do piersi i ziejąc wódką, wychodzi z dusznej knajpy.
Niesie go na róg ulicy i kładzie we wnęce domu. Obok umęczonego dziecka układa skarbonkę żebraków, czapkę odwróconą do góry dnem.
— Zarabiaj, kochany syneczku! Zarabiaj.
I wraca do knajpy...
Ostatnia syrena Warszawy
W Halach90 szalony ruch. Kupcowe sprzedają ryby. Ryby trzepią się i tańczą na drewnianych stołach, tak jakby chciały bardziej się wyostrzyć i spłaszczyć. Kupujący cofają się i wracają. Życie wre. W powietrzu pachnie łuską, zgniłą wiosną i pośpiechem. Wreszcie cichnie wszystko, kupujący oddalają się. Na niebie zapala się księżyc przedmieścia.
Ponieważ ryby mieszkają w wodzie i za nic w święcie nie chcą zrzec się tego przywileju, na noc umieszcza się je w basenach, gdzie myją się i następnie grzecznie układają się do snu. Rano, kiedy handel rozpocznie się znowu, przekupki wyławiają je i sprzedają, sprzedają przez cały dzień, a ryby protestują z oburzeniem, wyślizgują się z rąk, klaszczą o lady i podłogi, nie chcą pozwolić się zważyć, tańczą jeszcze w koszach służących, wiją się w kuchniach pod ostrymi nożami kucharek, prężą się, trzepią całym ciałem o patelnię, a wreszcie podane do stołu na półmisku potrafią jeszcze zeskoczyć z talerza i oddać kilka klaszczących susów ponad zdumieniem biesiadników.
Jednak nawet wtedy, kiedy w półmroku mirowskich wieczorów kąpią się we wspólnych basenach, życie nie daje im także spokoju. Cichy plusk i nagle coś je podrywa do góry. Nie mogą się oprzeć. Jadą pod powierzchnię i wyżej ponad swój żywioł. Znowu więc protestują, skaczą i tańczą, ale siatka wznosi je wysoko i wysypuje do kosza, gdzie leżą jedna na drugiej we wspólnej mogile, zasypane powietrzem jak ziemią.