Janusz po rozpakowaniu przesyłki blednie... Niby dziękuje, ale w gruncie rzeczy nienawidzi mnie, bo musi teraz oszczędzać, żeby się pokazać... Mijają dni... Nadarza się wreszcie okazja... Otrzymuję od niego samochód...
Czuję się zrujnowanym, ale nie daję za wygraną i żyję tylko jedną myślą:
— Zemścić się na nim!
Toteż nic dziwnego, że w dzień imienin Janusza zjawiają się u niego w przedpokoju jacyś ludzie o wyglądzie wilków morskich i meldują, że prezent stoi na podwórzu...
Pobladły Janusz wychodzi, patrzy, przeciera oczy:
Tak. Jacht motorowy z całym urządzeniem. Wielki, na pół podwórka...
Wtedy on we mnie parostatkiem, a ja mu na to kupuję pałac...
Wreszcie obaj nie mamy pieniędzy, jesteśmy zrujnowani, nie znosimy się, zaczynamy ukradkiem sprzedawać nasze prezenty za psie pieniądze.
Czy nie lepiej wcale nie dawać sobie prezentów?
...Można wtedy pozostać przyjaciółmi...