Straszny złodziej
Nie wiedziałem, jak postąpić z owym moim znajomym. Nie wiadomo nawet, gdzie go poznałem. Jedno tylko między nami powtarzało się niezmiennie. Kiedykolwiek mnie spotykał, podchodził i witał się z oznakami wielkiej uprzejmości.
— Co słychać u pana?
Teraz, nie czekając na odpowiedź, zwykł rzucać drugie pytanie:
— W którą stronę mistrz idzie?
— W tamtą — pokazywałem, sądząc, że mu nie będzie odpowiadać, ponieważ właśnie stamtąd nadszedł.
— A ja w przeciwną.
— To bardzo szkoda.
— Niech pan się nie martwi. Mam nieco czasu i odprowadzę pana.
Chcąc nie chcąc, musiałem iść w lekkomyślnie wskazanym kierunku, przeklinając z cicha. Przecież wystarczy dać facetowi w mordę, a na pewno da mi spokój na najbliższe kilka tygodni.